poniedziałek, 24 lipca 2017

Rozdział II

Rozdział 2


   Zbliżała się północ, a ja skradałam się wzdłuż korytarza, kierując się w stronę pokoju treningowego, w którym trzymałam swoją broń. Po tylu latach praktyki wydawało mi się to dziecinnie łatwe. Ominąć wszystkie kamery, bezgłośnie otworzyć drzwi, zabrać najpotrzebniejszy sprzęt i niezauważoną prześlizgnąć się do bocznego wyjścia. Bułka z masłem!
-Gdzie się panienka wybiera o tak późnej porze?- piskliwy głos Rufusa dopadł mnie, gdy już miałam chwycić za klamkę drzwi wyjściowych.
-Tajna misja od Livii.- rzuciłam krótko i mimo jego krzyków protestu, pchnęłam drzwi, wybiegając na zewnątrz.
   Teraz muszę tylko przebiec przez otaczający Siedzibę las, ominąć Strażników i dobiec do głównej drogi. Jak na razie nie szło mi zbyt dobrze, bo zostałam przyłapana przez starego, poczciwego Rufusa. O cholera, patrol Strażników! Zatrzymałam się w pół kroku i znieruchomiałam. Myśl, dziewczyno, myśl! Drzewa! Wyciągnęłam zza pasa dwa, czarne sztylety i, posługując się nimi jak hakami, zaczęłam piąć się w górę pnia. Gdy znajdowałam się na wysokości około sześciu metrów nad ziemią, kucnęłam na najbliższej gałęzi i schowałam broń. Jakim cudem nikt jeszcze się tutaj nie włamał? Ja bez problemu mogę ich ominąć nie korzystając nawet z moich paranormalnych zdolności.
-Żegnam, panów.- mruknęłam, gdy dwoje mężczyzn w czarnych strojach oddaliło się na bezpieczną odległość i bezgłośnie zeskoczyłam na dół.- Maratonu ciąg dalszy.
   Puściłam się pędem przed siebie. Zostało mi jeszcze niecałe sześćdziesiąt metrów do głównej drogi, a wtedy do mojego celu zostanie jedynie trzysta dwadzieścia pięć metrów.
-W końcu!- krzyknęłam, gdy moje stopy dotknęły asfaltu. W zasięgu mojego wzroku nie było ani jednego samochodu, ale o tej godzinie było to chyba normalne.
   Spojrzałam w lewo, podziwiając złotą łunę, która widniała nad miastem. Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Tworzą wokół siebie tyle piękna, a sami nie potrafią go dostrzec. Trzysta dwadzieścia pięć metrów. Bieganie nie sprawiało mi większego wysiłku, zwłaszcza jeśli chodziło o tak krótki dystans. Mijałam po drodze urocze domy z pięknymi ogrodami, dziwnie wyglądające zadaszone klatki, od których niesamowicie cuchnęło, oraz jedno boisko do gry w piłkę nożną. Jeszcze piętnaście metrów. Numer domu... 11, 12, 13... 14! Zatrzymałam się gwałtownie patrząc na piętrzący się przede mną czteropiętrowy budynek. Na drugim piętrze paliło się światło. Czyli jednak na mnie czekał. Frontowe drzwi były otwarte, więc prześlizgnęłam się przez nie bezszelestnie i w kilka sekund pokonałam drewniane schody. Delikatnie zapukałam do drzwi, znajdujących się po mojej prawej i czekałam niecierpliwie, aż ktoś je otworzy.
-Proszę!- usłyszałam niewyraźny głos, więc weszłam do środka.
-Kim jesteś i czego od nas chcesz?!- warknięcie rozległo się tuż przy moim uchu, ale zanim zdążyłam się odwrócić czyjaś koścista dłoń chwyciła mnie za gardło i przygwoździła do ściany.
-Nie takiego powitania się spodziewałam.- wycharczałam, próbując zaczerpnąć powietrza. Próbowałam dosięgnąć sztyletu, który wbijał mi się teraz w kręgosłup.
-Nie ruszaj się, bo sprawiasz tylko sobie większy ból.- syknęła kobieta, zaciskając mocniej palce.
-Przykro mi, ale muszę cię rozczarować.- z trudem udało mi się dosięgnąć metalowego przedmiotu.- Ja nie czuję bólu.- szybkim ruchem wbiłam ostrze aż po rękojeść w jej nadgarstek, patrząc jak cofa się ode mnie gwałtownie z wrzaskiem. Mogłam w końcu zaczerpnąć powietrza.
-Dość tego!- Dominik pojawił się nagle w korytarzu i zmierzył nas wzrokiem z kamienną twarzą.
-Zdrajca.- mruknęłam z obrzydzeniem i odwróciłam się na pięcie, kierując się do wyjścia.
-Nika, zaczekaj!- jedną dłonią chwycił mnie za łokieć i pociągnął w swoją stronę. Chciałam się wyrwać, ale objął mnie i przyciągnął do siebie.- Nie chciałem, żeby tak wyszło. Miałem zamiar z tobą porozmawiać, ale Liliana powiedziała, że Radzie nie wolno ufać, że pewnie przy najbliższej okazji będziesz próbowała mnie zabić.
-Dlatego wolałeś zabić mnie?!- wyrwałam się z jego objęć i odwróciłam się twarzą do kobiety, która mnie zaatakowała.
   Siedziała na ziemi, przyglądając się swojej krwawiącej ręce. Burza brązowych loków przesłaniała jej twarz. Kucnęłam naprzeciwko niej i pewnie chwytając broń, wyrwałam mu ją z ręki. Rana natychmiast zaczęła się zrastać, a Liliana obdarzyła mnie najbardziej nienawistnym spojrzeniem, jakie kiedykolwiek widziałam. Jej złote oczy dosłownie ciskały we mnie piorunami. Szerokie usta miała zaciśnięte w wąską linię, a lekko zadarty nos marszczył się uroczo między równymi brwiami. Gdy tylko przeniosła wzrok na moje oczy, jej twarz diametralnie się zmieniła, przybierając wyraz przerażenia i zszokowania.
-Myślałam, że wy wszyscy zginęliście.- wyszeptała, błądząc wzrokiem po mojej twarzy i ciele.
-Prawie wszyscy. Jestem ostatnia.- odparłam, podnosząc się i patrząc na zatroskaną minę Dominika.
-Nika, ja...
-Jeżeli masz zamiar ze mną rozmawiać to tylko w cztery oczy.- przerwałam mu.
-Jeżeli masz zamiar z nim rozmawiać to tylko i wyłącznie, zostawiając w tym miejscu całą twoją broń.- wtrąciła Liliana, taksując wzrokiem mój ekwipunek.
-Gdybym chciała go zabić, zrobiłabym to już wczoraj.- powiedziałam, ale posłusznie wykonałam jej polecenie. Całe szczęście nie było tego dużo. Miałam ze sobą jedynie dwa sztylety i miecz.
   Dominik spojrzał na mnie niepewnie, po czym wskazał ręką drzwi swojego pokoju. Bez słowa poszłam we wskazanym kierunku i czekałam, aż pójdzie za mną. Gdy w końcu oboje znaleźliśmy się w środku, zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz.
-Słucham.- rzuciłam oschle i usiadłam na skraju łóżka. Przez chwilę oboje milczeliśmy, ja siedząc bez ruchu, on chodząc od ściany do ściany.
-Nie boli cię szyja?- zapytał z troską, podchodząc do mnie. Chwycił delikatnie mój podbródek i uniósł go w górę, przyglądając się uważnie mojej skórze.- Jest cała sina...
-Nie czuję bólu, już ci to mówiłam.- syknęłam.
   Jego twarz znowu znajdowała się niebezpiecznie blisko. Czułam jego oddech na swojej skórze, a chwilę później jego wargi musnęły zarys mojej szczęki, sprawiając, że nie mogłam się już na niczym skupić. Nagle moje ludzkie uszy ustąpiły miejsca kocim, które wyrosły spomiędzy włosów, a przedłużenie kości ogonowej w postaci puszystego, czarnego ogona przebiło się przez moje skórzane spodnie. Moje policzki musiały przybrać kolor dojrzałych pomidorów, albo truskawek.
-Uroczo. Na tym polega twoja zmiennokształtność?- zapytał, z uśmiechem gładząc mój ogon.
-Nie... Tak właśnie w rzeczywistości wyglądam. Utrzymanie ludzkiej postaci wymaga ode mnie niemałego skupienia. Moja przypadłość polega na tym, że...- w trakcie mówienia sprawiłam, że moje ciało przybrało zupełnie inny kształt, wprawiając Dominika w jeszcze większy zachwyt.- ...moje ciało może przybrać dowolną postać. Jakie to uczucie patrzeć na samego siebie, słuchać własnego głosu, ale jednak wiedząc, że patrzysz na zupełnie inną osobę?
-Niesamowite. Czyli możesz się zmienić w kogokolwiek? W jakąkolwiek istotę ludzką?- jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, gdy usiadł tuż obok mnie.
-Nie zmieniam się tylko w ludzi. Mogę się zmienić w każde zwierzę, jakie istnieje lub istniało na ziemi, jeżeli choć raz w życiu ich dotknęłam.- z uśmiechem powróciłam do swojej pierwotnej postaci, wywołując lekki zawód w jego oczach.
-Chyba wolę cię z ogonem.- szepnął niepewnie Dominik, patrząc jak moje ciało przybiera swoją prawdziwą formę. Jego prawa ręka sięgnęła do mojego prawego ucha i niepewnie pogładziła jego delikatną sierść.- Niesamowite. Ty jesteś niesamowita.
-Niesamowita, czy nie, muszę wrócić do Siedziby przed świtem.- westchnęłam, odwracając wzrok.- Boję się myśleć, co mnie czeka po powrocie. W końcu uciekłam bez niczyjej zgody, a na dodatek zostałam przyłapana przez mojego opiekuna.
-Więc nie wracaj, zostań ze mną! Może nie ma tutaj żadnych luksusów, ale... nie będziesz musiała zabijać.- zaproponował Dominik, chwytając mnie za rękę. Jego zielone oczy były takie szczere, takie naiwne.
-Gdybym nie zabijała, dawno byłbyś martwy. Nie zapominaj o tym.- uśmiechnęłam się smutno.- Mam swoje obowiązki, muszę tam wrócić, żeby chronić takich jak ty. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym skosztować życia zwykłej nastolatki, cieszyć się chwilą, nie myśleć o swoich powinnościach, przysięgach, ale to jest niestety niemożliwe. Tam jest mój dom, mój świat. Nie mogę tak po prostu odejść.- spojrzałam w jego śliczne oczy, pełne zawodu i smutku.- To o tym chciałeś ze mną porozmawiać?
-Nie, tak właściwie to nie.- westchnął, pochylając się delikatnie do przodu.- Muszę cię ostrzec. Liliana dowiedziała się, że w Radzie, na jakiejś wysokiej pozycji znajduje się zdrajca.

~*~

   Z uśmiechem kierowałam się w stronę gabinetu Livii. Czekał mnie kolejny wykład na temat braku odpowiedzialności i głupocie dzisiejszych siedemnastolatek. Skręciłam w kolejny biały korytarz z niezliczoną ilością czarnych drzwi. Czasem czułam się tutaj jak w psychiatryku. Ten budynek był tak rażąco sterylny, że doprowadzało mnie to do szału.
-Masz te cholerne lokalizacje i daj mi już spokój!- dobiegł mnie donośni krzyk Livii. Chwila, przecież Livia nigdy nie krzyczy.
   Podkradłam się pod uchylone drzwi jej gabinetu i zaglądnęłam do środka przez niewielką szczelinę. Livia stała tyłem do mnie, jej trójkątna, surowa twarz wyglądała na niezwykle starą i zmęczoną.
-Nie tak szybko, kochana.- niski, basowy głos jej gościa odbił się echem od ścian przestronnego pomieszczenia. Wtedy go zobaczyłam, siedział za drewnianym biurkiem z rękami skrzyżowanymi na piersi, nie mogłam tylko dostrzec jego twarzy, którą schował pod czarnym kapturem długiego płaszcza.- Najpierw mi powiedz, co słychać u twojej młodej podopiecznej.
-Masz trzymać się od niej z daleka! Dobrze wiesz, czym to się dla ciebie skończy. Nie do ciebie należy jej życie.-warknęła Livia, obnażając długie, białe kły.- Skoro dostałeś lokalizacje wszystkich żyjących zmiennokształtnych to możesz już chyba stąd iść, mam rację? Nika może tutaj przyjść w każdej chwili, a wtedy...
-A wtedy przekażecie mi te dokumenty i pozwolicie mi stąd odejść.- powiedziałam, wchodząc do pokoju z dwoma rewolwerami w dłoniach, mierząc każdym z nich w głowę dwojga rozmówców.- Oj, chyba wam nie przeszkodziłam?
-Nika!- pisnęła Livia z przerażeniem.- Co ty robisz, dziecko? Odłóż broń w tej chwili!
-Daj mi te papiery, Livia.- rzuciłam beznamiętnie i wskazałam głową na brązową kopertę, znajdującą się na biurku.
-Ależ proszę, moja droga.- zaśmiał się mężczyzna, wyciągając w moją stronę dłoń z kopertą.
   Niepewnie opuściłam wycelowaną w niego broń i chwyciłam kopertę, oczekując jego nagłego ataku. On jednak rozsiadł się wygodnie w fotelu i nie wykonywał choćby najmniejszego ruchu, chyba nawet nie oddychał. Jego zadowolenie było zbyt łatwe do odczytania, co wydawało mi się przerażające. Zupełnie jakby chciał, żeby ta koperta trafiła w moje ręce.
-Nika, zastanów się nad tym, co robisz.- błagalny ton Livii sprawił, że przeniosłam całą uwagę na jej postać.
-Ja mam się zastanowić?! To ty mnie okłamywałaś przez całe moje życie! Że niby jestem ostatnią zmiennokształtną na świecie?! Może moich rodziców też zabiłaś?!- nie potrafiłam pohamować swoich emocji. Dłoń, w której trzymałam broń lekko drżała.
-Ja... ja musiałam...
-Co?!- przerwałam jej w pół słowa jednocześnie podnosząc broń. Czułam jak łzy napływają mi do oczu, ale musiałam oprzytomnieć, myśleć racjonalnie.- Teraz wyłączysz wszystkie urządzenia w Siedzibie na pół godziny, pozwolisz mi się spakować, zabrać swoją broń i wyjść z budynku ze świadomością, że nie będę ścigana.
-Nie mogę tego zrobić.- mruknęła Livia, której złote oczy stały się nagle nieugięte.
-Więc zrobię to za ciebie.- powiedziałam, posyłając kulę prosto w jej czoło. Bezwładne ciało blondynki runęło głucho na ziemię. Miną jakieś dwie godziny zanim jej ciało się po tym zregeneruje, co dawało mi sporo czasu na ucieczkę.- A pan...- urwałam, zauważając, że mężczyzny nie ma już w pomieszczeniu. Cholera!
   Podeszłam szybkim krokiem do obrazu wiszącego tuż za biurkiem i zerwałam go ze ściany. Tuż za nim znajdował się czerwony guzik, który wyłączał zasilanie w całej Siedzibie. Był on tam zamontowany w razie niespodziewanego ataku ludzi, od których wszystkie istoty paranormalne lepiej się poruszały w ciemności. Nacisnęłam go, pozwalając łzom swobodnie płynąć po moich policzkach. Tak właśnie moje życie ponownie legło w gruzach.

~*~

-Nika?- zapytał zdziwiony Dominik, który właśnie otworzył mi drzwi.
-Czy twoja propozycja jest nadal aktualna?- spojrzałam mimowolnie na jego ciało z nieskrywaną przyjemnością. Miał na sobie jedynie przetarte dżinsy, dzięki czemu mogłam podziwiać jego idealnie zbudowaną klatkę piersiową i widoczne mięśnie brzucha. Czy było w nim coś nieidealnego?
-Tak, ale co się stało? Wejdź, proszę.- przepuścił mnie przez próg, biorąc ode mnie dwie torby, z którymi do niego przyszłam.
-Długa historia.- rzuciłam tylko, siadając na kanapie w jego salonie.- Moje życie okazało się kłamstwem, a ja wyszłam na łatwowierną idiotkę.
-Nadal nie rozumiem, co się stało.- powiedział, siadając obok mnie i wsunął na siebie szarą koszulkę.- Może mi to wyjaśnisz?
-Gdzie twoja opiekunka?- szybko zmieniłam temat, rozglądając się wokół siebie.- Nie będzie mnie znowu próbować udusić?
-Skoro już o duszeniu mowa to jak tam twoja szyja?- jego dłoń wsunęła się pod kołnierz mojej kurtki i odchyliła go delikatnie. Miał duże dłonie o długich, smukłych palcach delikatnie stwardniałych na opuszkach.- Niesamowite. Żadnych śladów.
-Mówiłam, że szybko się regeneruję.- mruknęłam, patrząc w jego duże, zielone oczy, które były teraz tak blisko moich.- Nie dam się tak łatwo zabić.
   Jego kciuk przejechał po linii mojego obojczyka, sprawiając, że przez moje ciało przebiegły dreszcze. Jego twarz powoli zbliżała się do mojej, mogłam czuć jego oddech na swoich wargach, jego nos otarł się delikatnie o mój policzek.. Był tak blisko, czułam jego zapach, jego ciepło, a za chwilę poczuję też jego smak.
-Co tu się wyprawia?!- krzyknęła Liliana, wchodząc pewnym krokiem do pomieszczenia i jednocześnie przerywając naszą chwilę błogiego zapomnienia. Dominik odskoczył ode mnie jak poparzony, patrząc na mnie przepraszająco.- Co ona tu robi z tymi dwoma workami wyładowanymi wszelkiego rodzaju bronią?
   Miała na sobie długą, satynową suknię w kolorze bzu, która idealnie podkreślała jej smukłą figurę. Na nagie ramiona zarzuciła sobie białą chustę, którą zawiązała na dekolcie.
-Jakbyś chciała zauważyć, są tam jeszcze ubrania i ludzkie pieniądze. Ale wampirzego węchu nie da się oszukać, co?- parsknęłam z pogardą i podniosłam się z kanapy.- Miło było, ale chyba jednak będę się zbierać. Muszę zarezerwować sobie pokój w hotelu, znaleźć kilka osób, które odpowiedzą mi na moje pytania.
-Czyli jesteś na misji, na którą wysłała cię Rada?- zapytała z przekąsem Liliana.- Dziwne, że sami ci wszystkiego nie załatwili. Może nie jesteś już ich pupilkiem?
-Myślę, że ktoś, kto przestrzelił na wylot głowę Stróża Siedziby, ukradł jakieś ważne papiery i uciekł, zabierając cały przydzielony mu sprzęt, nie może być pupilkiem Rady.- warknęłam, podnosząc z ziemi dwie, czarne torby.
-Co zrobiłaś?- Liliana wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć.- Zabiłaś Stróża?
-Oczywiście, że nie!- obruszyłam się.- Jest wampirem, pewnie teraz budzi się w łóżku szpitalnym z niesamowitym bólem głowy. Chociaż musiałam się powstrzymać przed odłączeniem jej łba od tułowia. Ta zakłamana żmija zabiła moich rodziców i wmawiała mi, że jestem ostatnią żyjącą zmiennokształtną istotą na świecie.- wyciągnęłam brązową kopertę z wewnętrznej kieszeni kurtki.- Ale udało mi się zdobyć to.
   Dominik przyglądał mi się z zainteresowaniem. Gdy nasze spojrzenia spotkały się na chwilę, miałam wrażenie, jakby przejrzał mnie na wylot. Jakby wiedział, co miałam zamiar zrobić.
-Co jest w tej kopercie?- ciekawość wampirzycy zdominowała całkowicie jej niechęć do mnie.
-Lokalizacje wszystkich żyjących zmiennokształtnych.- odpowiedziałam z uśmiechem satysfakcji.- Mam zamiar ich wszystkich odnaleźć.
-Przebudzeni.- szepnęła Liliana, podchodząc do mnie.- Słyszałam plotki na ich temat, ale nigdy w nie nie wierzyłam. Podobno zbierają armię, żeby zaatakować Radę. Mają wielu zwolenników wśród magów, a wszystkie rody elfów podpisały z nimi pakt. Jednak sama Rada nie ma na to żadnych dowodów.
-Czemu mieliby atakować Radę?- zdziwiłam się.
-Bo Rada zabija wszystkich, którzy stoją im na drodze do zdobycia pełni władzy. Każą wam mordować niewinne istoty pod zarzutem łamania prawa.
-Chyba mi nie powiesz, że na przykład Czarne Wdowy albo Hydry są w rzeczywistości potulne jak baranki?- spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
-A byłaś kiedyś w podziemiach Rady?- zapytała Liliana, a w jej złotych oczach dostrzegłam cień bólu.
-Nie, Livia zawsze zabraniała mi tam chodzić. Twierdziła, że są tam laboratoria, w których prowadzone są badania. Miałam jedynie dostęp do sali tortur.- jej pytanie wywołało u mnie zaciekawienie. Czyżby wiedziała coś, czego ja nie wiem? 
   Do podziemi mieli dostęp jedynie naukowcy i Stróż. Nikt poza nimi nie mógł tam wejść, choćby nie wiem jak próbował. Były one chronione nawet lepiej od samej Siedziby. Jako jedna z Wojowników miałam dostęp jedynie na schody prowadzące do laboratorium, w połowie których znajdował się pokój tortur. Nikt nie mówił o nim głośno w Siedzibie i nikt, kto musiał tam kiedyś pracować nad świadkiem, nie chciał się tym chwalić. Ja nie należałam do wyjątków.
-Czyli nie wiesz nic o tym, nad czym tam pracowali?- kobieta westchnęła i opadła na duży, włochaty fotel, stojący naprzeciw kanapy.- Ja sama słyszałam na ten temat tylko plotki, ale układa się to w logiczną całość.
-Powiesz mi w końcu, o co chodzi?- syknęłam z niecierpliwością.
-Obawiam się, że nie mamy czasu na pogaduszki, panienko.- odezwał się głos za moimi plecami.
-Rufus, powtarzam ci to od czternastu lat! Wystarczy Nika!- jęknęłam, odwracając się i stając twarzą w twarz z grubiutkim staruszkiem. Albo raczej tego się spodziewałam.
   Mężczyzna, który stał przede mną przypominał Rufusa jedynie rysami twarzy. Nie był ani gruby, ani niski. Wręcz przeciwnie. Miałam przed sobą wysokiego, dobrze zbudowanego i przystojnego elfa o długich, srebrnych włosach i czarnych oczach bez białek.
-Rufus...?- wyszeptałam, podchodząc do niego. Podążał za mną wzrokiem i delikatnie skinął głową.
-Musiałem ukrywać się pod postacią staruszka, żeby przebywać z tobą bez ciągłego nadzoru Livii. Gdyby tylko wiedziała, że jestem jeszcze młody, mogłaby uznać mnie za niemałe zagrożenie i potencjalnego szpiega. Zwłaszcza, że służyłem twoim rodzicom. Po ich śmierci babka panienki kazała mi mieć panienkę na oku, więc ukryłem się pod postacią otyłego i starego sługi.
-Chwila, chwila... Moja babka?- trochę za dużo tych informacji jak na jeden wieczór. Głowa zaczynała mi pękać.
-Tak, założycielka Przebudzonych.- potwierdził elf. Tego naprawdę było za wiele. Cofnęłam się kilka kroków z zamiarem wyłożenia się wygodnie na kanapie, aby łatwiej mi było znieść cały ten szok. Potknęłam się jednak o coś i wylądowałam tyłkiem na kolanach Dominika, który wydawał się równie skołowany, co ja.- Przepraszam.- mruknęłam, chcąc zsunąć się na miękkie obicie kanapy, jednak Dominik powstrzymał mnie, kładąc mi rękę na biodrze i patrząc stanowczo w oczy Rufusa.
-Musimy uciekać, panienko. Zabiorę panienkę do jej babki. Będzie tam panienka bezpieczna.- powoli wyciągnął dłoń w moją stronę.
-Nie wiem, czy wiesz, elfie, ale znajdujesz się na moim terytorium.- Liliana przerwała swoje milczenie, stając między mną, a mężczyzną.- I nie masz żadnego prawa zabierać stąd mojego gościa, nie mówiąc już o tym, że twoje życie zależy teraz ode mnie.
-Spróbuj tylko tknąć mnie lub Nikę, a obiecuję, że nie dożyjesz jutra, wampirze.- warknął Rufus, po raz pierwszy wymawiając moje imię, nie dodając przed nim słowa "panienka".
-Rufus... Co masz na myśli mówiąc, że musimy uciekać?- spytałam, lekko skołowana, bezwiednie opierając głowę na ramieniu Dominika. Przez chwilę miałam wrażenie, że w oczach Rufusa pojawił się zawód, jednak był on tam na tyle krótko, że nie byłam pewna, czy po prostu mi się nie przewidziało. Czułam się jak wrak samej siebie, odkrywając coraz to nowe kłamstwa, którymi byłam karmiona od dzieciństwa.
-Livia kazała wszystkim Wojownikom odnaleźć panienkę za wszelką cenę. Oficjalnie została panienka oskarżona o współpracę z Przebudzonymi.- głos Rufusa pozostawał zimny i opanowany jak zawsze.- Dlatego nie możemy tracić czasu na głupie walki o terytorium.
-Jeżeli Nika ma pójść z tobą, to ja idę z wami.- powiedział Dominik, obejmując mnie ciasno w pasie. W jego czułych ramionach mogłam chwilę odetchnąć, co przyjęłam z nieskrywaną ulgą, wciskając twarz w zagłębienie na jego szyi.
-Dziękuję.- mruknęłam. Ale za co mu właściwie dziękowałam? Tego nie byłam do końca pewna. Właściwie niczego nie byłam do końca pewna. Czułam się, jakbym oglądała film w ostatnim rzędzie kina i nie rozumiała żartów, które u innych widzów wywoływały śmiech.

-A ja nie puszczę go samego, więc wychodzi na to, że jedziemy we czwórkę.- powiedziała z zadowoleniem Liliana, mierząc Rufusa wzrokiem.- Albo nie jedziemy wcale.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Rozdział I


Część 1
Nika











Rozdział 1


   Znowu opuszczony budynek, znowu zapach stęchlizny i znowu byłam umazana krwią. Śledziłam tą Czarną Wdowę już od dobrych kilku tygodni, ale jeszcze nie udało mi się odnaleźć jej kryjówki. Dopiero dzisiaj przypadkiem natknęłam się na nią w jej ludzkiej postaci, gdy ciągnęła za sobą pewnego młodego chłopaka.
-Masz już dość?- wysyczała postać, która jeszcze niedawno była piękną chudą kobietą. Teraz jej nogi zostały zastąpione przez ogromny, czarny odwłok i cztery pary włochatych odnóży. Ohyda! Czasami się zastanawiałam, czy one w ogóle je kiedyś golą. Żadna szanująca siebie kobieta nie mogłaby przecież chodzić z owłosionymi nogami, a zwłaszcza taka, która ma ich osiem! Jakim cudem były one w stanie podrywać swoje ofiary mając tak obrzydliwe nogi?!
-Ja?- zaśmiałam się, choć dźwięk, który wydobył się z mojego gardła, bardziej przypominał charczenie.- Zadowolę się dopiero, gdy będę mogła kopnąć twój odcięty łeb.
   Czarna Wdowa z zawrotną prędkością znalazła się tuż przede mną, unosząc parę przednich odnóży. To był błąd. Wyciągnęłam zza pasa czarny miecz i sprawnym ruchem odcięłam jej ludzki tułów od pajęczego odwłoku. Obie części ciała opadły na ziemię z głuchym łomotem. Potwór nie wydał z siebie przy tym żadnego dźwięku. Jej ciało drgało jeszcze przez chwilę, po czym znieruchomiało przybierając szarawy odcień. Czemu to zawsze musi być takie proste? Czy Rada choć raz nie mogłaby mnie przydzielić do jakiegoś wampira lub wilkołaka? Wtedy mogłabym chociaż się trochę zmęczyć, pobiegać, pobawić się, a nie...
   Westchnęłam ciężko i wytarłam ostrze o czerwoną sukienkę gnijącego szybko ciała stwora. Schowałam miecz do pochwy i skierowałam się w stronę wyjścia.
-Gdzie ja... jestem?- za moimi plecami rozległo się ciche mamrotanie. No pięknie. Moja kiepska pamięć zapędzi mnie kiedyś do grobu. Odwróciłam się gwałtownie i o mało nie wpadłam na wyższego ode mnie o głowę chłopaka, którego dzisiaj obrała sobie za cel Czarna Wdowa. Był jeszcze trochę otumaniony, ale trzymał się na nogach.- Kim... ty jesteś?
-Hop!- krzyknęłam, gdy nagle przechylił się w moją stronę i musiałam użyć całej swojej siły, żeby go przytrzymać. Ale był ciężki!- Spokojnie, wielkoludzie. Zaraz się tobą zajmę.
-Ale co się stało?- wymamrotał, gdy jego głowa wylądowała na moim ramieniu.
-Długo tak nie...- nie dane mi było dokończyć, bo jego ciało przygwoździło mnie do ziemi.
-Przepraszam.- mruknął, podnosząc się na łokciach i patrząc mi w oczy. Widziałam jak w krótkiej chwili na jego twarzy, naprawdę przecudnej twarzy, pojawia się przerażenie. Od razu oprzytomniał.- Twoje oczy są czerwone!
-Tak, wiem. Widzę je codziennie w lustrze.- powiedziałam z szerokim uśmiechem.- Jak ci na imię, gigancie?
   Pozwoliłam sobie przyjrzeć się dokładniej jego twarzy. Kwadratowa szczęka, duże zielone oczy, otoczone gęstymi rzęsami, prosty nos, a jedynym słowem, które mi pasowało do opisania jego ust, było "idealne". Na jego czoło delikatnie opadały ciemnobrązowe kosmyki włosów. Jakim cudem on był tak idealny, chociaż całkiem niedawno rąbnęłam go w głowę, żeby stracił przytomność?
-Dominik.- odpowiedział, patrząc mi głęboko w oczy.- Mam na imię Dominik.- jego zielone ślepia przejechały powoli po mojej twarzy i szyi, po czym znieruchomiały. Twarz chłopaka natychmiast pobladła.- Jesteś ranna!
-Eh?- powędrowałam za jego spojrzeniem i rzeczywiście, miałam rozszarpany lewy obojczyk.- Aaa... Więc stąd była ta cała krew!
-Musimy cię zabrać do szpitala! Lekarz musi to...
-Nie!- przerwałam mu wpół zdania.- Żadnych lekarzy. Sama to sobie opatrzę. Ale najpierw musisz ze mnie zejść i pozwolić mi pójść do mojego mieszkania, zanim się wykrwawię.
-Pozwól sobie pomóc.- powiedział, wstając powoli z ziemi i wyciągając do mnie prawą dłoń.- Przy okazji opowiesz mi coś na temat tej kreatury.- wskazał głową na rozkładające się szczątki Czarnej Wdowy. Do jutra powinny już całkowicie zniknąć.
-Nie wyglądasz na zbytnio zaskoczonego jej widokiem.- powiedziałam, podając mu rękę i wstając z jego pomocą.- Mieszkasz daleko stąd? Albo czy ty w ogóle wiesz, gdzie my jesteśmy?

~*~

   Dopiero gdy wyszliśmy z budynku, Dominik zorientował się, gdzie dokładnie jesteśmy. Jak się później okazało, mieszkał niecałe pięć minut drogi od opuszczonego magazynu, w którym kiedyś przechowywano meble. Po drodze minęliśmy kilka sklepów spożywczych, na widok których zaburczało mi w brzuchu. W końcu dotarliśmy do jednego z zielonych bloków mieszkalnych. Jego mieszkanie nie było zbyt duże, ale urządzone w taki sposób, że wydawało się dosyć obszerne i za razem przytulne. Nie dane mi jednak było rozejrzeć się zbyt dokładnie po wszystkich pomieszczeniach, bo zostałam od razu zaprowadzona do kuchni.
-Usiądź, proszę.- powiedział, wskazując mi wysokie krzesło ustawione przy szarym blacie kuchennym. Wszystkie meble w kuchni były w kolorze ciemnego brązu, a ściany przypominały swoją barwą świeże pomarańcze. Brunet kucnął przy jednej z szafek i zaczął w niej nerwowo szperać.- Powinienem mieć gdzieś tu apteczkę. O! Jest.
-Nie denerwuj się tak.- powiedziałam z uśmiechem. Natychmiastowo między brwiami chłopaka pojawiła się wielka bruzda, a jego twarz wykrzywił zabawny grymas. Musiałam użyć całej siły woli, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
-Jak możesz być taka spokojna?! Masz oderwany ogromny kawał skóry, cały czas tracisz dużo krwi i mi każesz się nie denerwować?!- wrzasnął chłopak, otwierając białe pudełeczko. Zareagowałam na jego reakcję czystym, dźwięcznym śmiechem.- I co cię tak bawi?!
-Bo ja nie czuję bólu.- powiedziałam, patrząc na jego zaskoczoną minę.- Spokojnie, wszystko do jutra się zrośnie. Co prawda, nie regeneruję się tak szybko jak wam... inni.- skarciłam się w duchu. Jeszcze może powiem mu gdzie elfy chodzą na spacery, albo że w ogóle istnieją!
-Wampiry.- westchnął Dominik, patrząc w przestrzeń.- Więc czym ty jesteś? Wilkołakiem?
-Czekaj... Skąd ty...- czułam, jak moja dolna szczęka z głuchym dźwiękiem rozbija kuchenną podłogę. Czy on przed chwilą powiedział coś o wampirach i wilkołakach, czy ja mam jakieś urojenia?
-Kiedy byłem mały grupa wilkołaków zabiła i pożarła moją rodzinę. Może niekoniecznie w tej kolejności, bo pożearli ich żywcem. Wampiry mnie wtedy uratowały.- przeniósł wzrok na moją twarz. W ułamku sekundy stał się poważny i chłodny. Miałam wrażenie, jakby czytał wypracowanie z biologii przed klasą, a nie opowiadał o tragicznych wydarzeniach z przeszłości.- Wiem co nieco o twoim świecie. Chociaż nigdy nie spotkałem nikogo o takich oczach. Może jednak jesteś elfem? Oni często mają dziwne oczy.
-Poczekaj chwilę!- pisnęłam, opierając się zranioną ręką o blat.- Nadal nie rozumiem, skąd wiesz to wszystko. Wampiry zwykle potrafią wymazywać pamięć.
-Jedna wampirzyca imieniem Liliana zaopiekowała się mną. Dała mi to mieszkanie, możliwość nauki, postarała się nawet o fałszywe nazwisko. Dzięki niej mogę żyć normalnie. Dopóki nie ukończyłem piętnastego roku życia mieszkała tu ze mną. Później radziłem sobie sam. Co miesiąc przysyła mi pieniądze, mimo że sam już pracuję.- gdy mówił, zbliżył się do mnie na odległość zaledwie kilku centymetrów i zaczął delikatnie opatrywać mi ranę.
-Głowa mnie boli od tego wszystkiego.- westchnęłam, czując nieprzyjemne szczypanie w okolicach barku.- Jakim cudem Rada nigdy cię nie odnalazła? Przecież oni zawsze wszystko dokładnie sprawdzają! Nigdy nie pozowoliliby sobie na taką pomyłkę! Poza tym, wychowanek wampirzycy. Serio?
-Rodziny się nie wybiera.- powiedział, ukazując najpiękniejszy uśmiech jaki w życiu widziałam. Albo zaczynałam się w nim zakochiwać, albo straciłam za dużo krwi. Raczej stawiałabym na to drugie.- Liliana zeznała, że wszystkie dzieci zostały zjedzone. Nikt nie miał chyba zamiaru zaglądać do środka tych odrażających stworzeń. Spalili ich ciała na miejscu.
-Chyba nie jestem jedyną osobą, która miała popaprane dzieciństwo.- zaśmiałam się z przekąsem. Dominik sięgnął do pudełka i wyciągnął jakiś cienki, srebrny przedmiot, który wydawał mi się dziwnie znajomy.- Czy to jest igła?!
-Skoro, jak sama twierdzisz, masz zdolność do szybkiej regeneracji, powinniśmy to jak najszybciej zaszyć i pozostawić resztę roboty twojemu organizmowi.- naciągnął na dłonie białe rękawiczki i zaczął dezynfekować narzędzie zbrodni.- Powiesz mi w końcu czym jesteś i jak masz na imię?
-Nazywam się Nika i jestem zmiennokształtną.- odpowiedziałam bez namysłu, przyglądając się igle. Moja jedyna fobia właśnie błyszczała w świetle księżyca, które wpadało przez okno tuż za moimi plecami, wprawiając mnie w jeszcze większe przerażenie.
-Myślałem, że na świecie nie ma już zmiennokształtnych.- to było ostatnie zdanie, które od niego usłyszałam, bo nagle cało pomieszczenie zaczęło wirować mi przed oczami i pochłonęła mnie ciemność.

~*~

-Pobudka, księżniczko.- usłyszałam przy uchu miękki głos.
   Mój odruch był natychmiastowy. Chwyciłam prawą dłonią gardło przybysza i zwinnie przerzuciłam go nad swoim ciałem, przez co wylądował na plecach tuż obok mojej lewej ręki. Usiadłam na nim okrakiem i dopiero wtedy otworzyłam oczy. Prosty nos, ostre kości policzkowe, duże zielone oczy. Twarz jakby znajoma...
-O cholera! Dominik!- pisnęłam, zabierając dłoń z jego gardła. Chłopak, delikatnie masował szyję i próbował złapać oddech.- Przepraszam, nikt ci nigdy nie mówił, że nie budzi się tak Wojowników Rady?
-Wybacz, że nigdy nie miałem przyjemności się z żadnym zapoznać.- wycharczał, siadając przez co nasze twarze znalazły się zaledwie kilka centymetrów od siebie.- Jak ręka?- zapytał, zsuwając z mojego ramienia szarą koszulkę. Zaraz, zaraz...
-Gdzie są moje ubrania?- moje pytanie wywołało rumieńce na jego twarzy.
-Były całe we krwi, więc ja... no... musiałem cię przebrać... nic lepszego nie miałem...- jąkał się, umyślnie unikając mojego wzroku.- Bielizny nie ruszałem! Znaczy... Stanik musiałem ci zdjąć... Ale nic nie widziałem! Przysięgam!
Zagryzłam dolną wargę, próbując powstrzymać śmiech. Zauważyłam, że znajdujemy się w dość niekomfortowej sytuacji- nadal siedziałam na nim okrakiem, a nasze twarze były tak blisko siebie, że przy najmniejszym ruchu nasze nosy mogły się zetknąć. Zawstydzona, podniosłam się z jego nóg z lekkim uśmiechem. Jego koszulka sięgała mi do połowy ud, za co byłam niezwykle wdzięczna, bo nie musiałam przynajmniej paradować wszędzie z gołym tyłkiem.
Nawet nie miałam okazji rozglądnąć się po pomieszczeniu. Nie była to kuchnia, ani salon, które już zdążyłam wczoraj poznać. Był to skromny pokoik z zaledwie jedną szafą, biurkiem, łóżkiem, fotelem i szafką nocną. Kolorystyka była podobna jak w reszcie mieszkania- miły dla oka kolor ścian i ciemne meble. Kompletne przeciwieństwo mojej klitki w Siedzibie.
-To mój pokój.- powiedział. Musiał podążać za moim zaciekawionym wzrokiem, a ja byłam tak pochłonięta tym, co mnie otacza, że nie zauważyłam, kiedy się podniósł z ziemi i znalazł obok mnie.- Może masz ochotę coś zjeść, księżniczko?
-Z chęcią. Ale dlaczego akurat "księżniczko"?
-Bo wyglądasz mi na księżniczkę, a poza tym...- podrapał się po głowie, przepuszczając mnie w drzwiach do kuchni.- Aż wstyd się przyznać, ale jak mi się przedstawiałaś to byłem tak zafascynowany kolorem twoich oczu, że twoje imię wyleciało mi kompletnie z głowy.
-Nika.- zaśmiałam się pod nosem i wyciągnęłam w jego stronę prawą dłoń.- Mam na imię Nika.
-Miło mi cię poznać, Nika.- uścisnął moją dłoń z uśmiechem.- Nazywam się Dominik Averlen.

~*~

   Mało romantyczny początek znajomości. Ja starałam się być miła i wyszłam przy tym na idiotkę, a on był odrobinę skołowany. Mam wrażenie, że oboje udawaliśmy kogoś innego, żeby poznać lepiej siebie nawzajem i dowiedzieć się, czy jesteśmy godni zaufania. Trochę to wszystko zagmatwane, ale ma to chyba jakiś sens.
-Może dość już tego treningu?- zapytał niski grubiutki mężczyzna z długimi, elfimi uszami.- Musi się panienka oszczędzać. Panienki rany się jeszcze do końca nie zagoiły.
-Ile razy mam ci powtarzać, że nie lubię jak mówisz do mnie per "panienko"? Wystarczy Nika, Rufus. Naprawdę.- zganiłam go, uderzając po raz kolejny pięścią w umocowany do krat nad moją głową worek treningowy. Rufus potarł z dezaprobatą czoło i oparł się o kamienną ścianę.
Poprosiłam kiedyś, aby przerobić to pomieszczeni na swojego rodzaju salę treningową, gdy pierwszy raz przechodziłam przez korytarz znajdujący się tuż nad moją głową, od którego byłam oddzielona jedynie szkłem i kratami. Miałam wtedy zaledwie siedem lat. Nie chciałam tu montować żadnych lamp, przez co pomieszczenie nie było dobrze oświetlone, ale to tylko pozwalało mi się bardziej skupić.
-Czy panienka musi się tak nad sobą znęcać? Wiem, że może panienka uważać, że ręka jest już w pełni sprawna, ale to, że założyła panienka perfekcyjne szwy, wcale nie znaczy, że ona cudownie ozdrowieje. Musi się panienka naprawdę zacząć o siebie troszczyć odrobinę bardziej.- opuścił bezradnie ręce wzdłuż okrągłego tułowia. Zawsze przypominał mi bałwanka. Okrągła twarz, okrągłe ciałko i te ogromne, czarne oczy bez białek.- Panienki rodzice byliby na mnie ogromnie zdenerwowani, gdyby się dowiedzieli, że pozwoliłem panience na tak niebezpieczną misję, z której wróciła panienka dopiero nad ranem, uśmiechnięta, zadowolona i zalana krwią! Och, państwo Raven byliby tacy przerażeni!
-A ja jednak myślę, że byliby ze mnie dumni, mimo że była ona banalnie prosta!- zaśmiałam się, uderzając pięścią w worek z całą siłą, jaka mi pozostała. Nie przewidziałam tylko tego, że zerwie się łańcuch, który utrzymywał mój obiekt wyładowywania frustracji, przez co wyląduje on tuż przy małych stópkach Rufusa. Nie wydał on z siebie okrzyku przerażenia, ale jego twarz wykrzywiła się w strachu.- Wybacz.
-To chyba znak od bogini Terry, że na dzisiaj koniec treningu.- jego dłoń z niezliczoną ilością pierścieni, nacisnęła klamkę czarnych drzwi i pchnęła je, wpuszczając do pomieszczenia strumień światła.- Musi panienka wziąć prysznic i zdać raport Lady Livii.
   Livia, moja opiekunka, która zajęła się mną po śmierci rodziców, była wampirzycą, a od niedawna prowadziła tutejszą Siedzibę Rady. Oschła, tajemnicza, surowa. Trzy słowa, które wystarczyły, aby ją opisać. Witamy w szarej codzienności!