Rozdział 2
Zbliżała
się północ, a ja skradałam się wzdłuż korytarza, kierując się
w stronę pokoju treningowego, w którym trzymałam swoją broń. Po
tylu latach praktyki wydawało mi się to dziecinnie łatwe. Ominąć
wszystkie kamery, bezgłośnie otworzyć drzwi, zabrać
najpotrzebniejszy sprzęt i niezauważoną prześlizgnąć się do
bocznego wyjścia. Bułka z masłem!
-Gdzie się
panienka wybiera o tak późnej porze?- piskliwy głos Rufusa dopadł
mnie, gdy już miałam chwycić za klamkę drzwi wyjściowych.
-Tajna misja od
Livii.- rzuciłam krótko i mimo jego krzyków protestu, pchnęłam
drzwi, wybiegając na zewnątrz.
Teraz muszę
tylko przebiec przez otaczający Siedzibę las, ominąć Strażników
i dobiec do głównej drogi. Jak na razie nie szło mi zbyt dobrze,
bo zostałam przyłapana przez starego, poczciwego Rufusa. O cholera,
patrol Strażników! Zatrzymałam się w pół kroku i
znieruchomiałam. Myśl, dziewczyno, myśl! Drzewa! Wyciągnęłam
zza pasa dwa, czarne sztylety i, posługując się nimi jak hakami,
zaczęłam piąć się w górę pnia. Gdy znajdowałam się na
wysokości około sześciu metrów nad ziemią, kucnęłam na
najbliższej gałęzi i schowałam broń. Jakim cudem nikt jeszcze
się tutaj nie włamał? Ja bez problemu mogę ich ominąć nie
korzystając nawet z moich paranormalnych zdolności.
-Żegnam, panów.-
mruknęłam, gdy dwoje mężczyzn w czarnych strojach oddaliło się
na bezpieczną odległość i bezgłośnie zeskoczyłam na dół.-
Maratonu ciąg dalszy.
Puściłam
się pędem przed siebie. Zostało mi jeszcze niecałe sześćdziesiąt
metrów do głównej drogi, a wtedy do mojego celu zostanie jedynie
trzysta dwadzieścia pięć metrów.
-W końcu!-
krzyknęłam, gdy moje stopy dotknęły asfaltu. W zasięgu mojego
wzroku nie było ani jednego samochodu, ale o tej godzinie było to
chyba normalne.
Spojrzałam w
lewo, podziwiając złotą łunę, która widniała nad miastem.
Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Tworzą wokół
siebie tyle piękna, a sami nie potrafią go dostrzec. Trzysta
dwadzieścia pięć metrów. Bieganie nie sprawiało mi większego
wysiłku, zwłaszcza jeśli chodziło o tak krótki dystans. Mijałam
po drodze urocze domy z pięknymi ogrodami, dziwnie wyglądające
zadaszone klatki, od których niesamowicie cuchnęło, oraz jedno
boisko do gry w piłkę nożną. Jeszcze piętnaście metrów. Numer
domu... 11, 12, 13... 14! Zatrzymałam się gwałtownie patrząc na
piętrzący się przede mną czteropiętrowy budynek. Na drugim
piętrze paliło się światło. Czyli jednak na mnie czekał.
Frontowe drzwi były otwarte, więc prześlizgnęłam się przez nie
bezszelestnie i w kilka sekund pokonałam drewniane schody.
Delikatnie zapukałam do drzwi, znajdujących się po mojej prawej i
czekałam niecierpliwie, aż ktoś je otworzy.
-Proszę!-
usłyszałam niewyraźny głos, więc weszłam do środka.
-Kim jesteś i
czego od nas chcesz?!- warknięcie rozległo się tuż przy moim
uchu, ale zanim zdążyłam się odwrócić czyjaś koścista dłoń
chwyciła mnie za gardło i przygwoździła do ściany.
-Nie takiego
powitania się spodziewałam.- wycharczałam, próbując zaczerpnąć
powietrza. Próbowałam dosięgnąć sztyletu, który wbijał mi się
teraz w kręgosłup.
-Nie ruszaj się,
bo sprawiasz tylko sobie większy ból.- syknęła kobieta,
zaciskając mocniej palce.
-Przykro mi, ale
muszę cię rozczarować.- z trudem udało mi się dosięgnąć
metalowego przedmiotu.- Ja nie czuję bólu.- szybkim ruchem wbiłam
ostrze aż po rękojeść w jej nadgarstek, patrząc jak cofa się
ode mnie gwałtownie z wrzaskiem. Mogłam w końcu zaczerpnąć
powietrza.
-Dość tego!-
Dominik pojawił się nagle w korytarzu i zmierzył nas wzrokiem z
kamienną twarzą.
-Zdrajca.-
mruknęłam z obrzydzeniem i odwróciłam się na pięcie, kierując
się do wyjścia.
-Nika, zaczekaj!-
jedną dłonią chwycił mnie za łokieć i pociągnął w swoją
stronę. Chciałam się wyrwać, ale objął mnie i przyciągnął do
siebie.- Nie chciałem, żeby tak wyszło. Miałem zamiar z tobą
porozmawiać, ale Liliana powiedziała, że Radzie nie wolno ufać,
że pewnie przy najbliższej okazji będziesz próbowała mnie zabić.
-Dlatego wolałeś
zabić mnie?!- wyrwałam się z jego objęć i odwróciłam się
twarzą do kobiety, która mnie zaatakowała.
Siedziała na
ziemi, przyglądając się swojej krwawiącej ręce. Burza brązowych
loków przesłaniała jej twarz. Kucnęłam naprzeciwko niej i pewnie
chwytając broń, wyrwałam mu ją z ręki. Rana natychmiast zaczęła
się zrastać, a Liliana obdarzyła mnie najbardziej nienawistnym
spojrzeniem, jakie kiedykolwiek widziałam. Jej złote oczy dosłownie
ciskały we mnie piorunami. Szerokie usta miała zaciśnięte w wąską
linię, a lekko zadarty nos marszczył się uroczo między równymi
brwiami. Gdy tylko przeniosła wzrok na moje oczy, jej twarz
diametralnie się zmieniła, przybierając wyraz przerażenia i
zszokowania.
-Myślałam, że wy
wszyscy zginęliście.- wyszeptała, błądząc wzrokiem po mojej
twarzy i ciele.
-Prawie wszyscy.
Jestem ostatnia.- odparłam, podnosząc się i patrząc na zatroskaną
minę Dominika.
-Nika, ja...
-Jeżeli masz
zamiar ze mną rozmawiać to tylko w cztery oczy.- przerwałam mu.
-Jeżeli masz
zamiar z nim rozmawiać to tylko i wyłącznie, zostawiając w tym
miejscu całą twoją broń.- wtrąciła Liliana, taksując wzrokiem
mój ekwipunek.
-Gdybym chciała go
zabić, zrobiłabym to już wczoraj.- powiedziałam, ale posłusznie
wykonałam jej polecenie. Całe szczęście nie było tego dużo.
Miałam ze sobą jedynie dwa sztylety i miecz.
Dominik
spojrzał na mnie niepewnie, po czym wskazał ręką drzwi swojego
pokoju. Bez słowa poszłam we wskazanym kierunku i czekałam, aż
pójdzie za mną. Gdy w końcu oboje znaleźliśmy się w środku,
zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz.
-Słucham.-
rzuciłam oschle i usiadłam na skraju łóżka. Przez chwilę oboje
milczeliśmy, ja siedząc bez ruchu, on chodząc od ściany do
ściany.
-Nie boli cię
szyja?- zapytał z troską, podchodząc do mnie. Chwycił delikatnie
mój podbródek i uniósł go w górę, przyglądając się uważnie
mojej skórze.- Jest cała sina...
-Nie czuję bólu,
już ci to mówiłam.- syknęłam.
Jego twarz
znowu znajdowała się niebezpiecznie blisko. Czułam jego oddech na
swojej skórze, a chwilę później jego wargi musnęły zarys mojej
szczęki, sprawiając, że nie mogłam się już na niczym skupić.
Nagle moje ludzkie uszy ustąpiły miejsca kocim, które wyrosły
spomiędzy włosów, a przedłużenie kości ogonowej w postaci
puszystego, czarnego ogona przebiło się przez moje skórzane
spodnie. Moje policzki musiały przybrać kolor dojrzałych
pomidorów, albo truskawek.
-Uroczo. Na tym
polega twoja zmiennokształtność?- zapytał, z uśmiechem gładząc
mój ogon.
-Nie... Tak właśnie
w rzeczywistości wyglądam. Utrzymanie ludzkiej postaci wymaga ode
mnie niemałego skupienia. Moja przypadłość polega na tym, że...-
w trakcie mówienia sprawiłam, że moje ciało przybrało zupełnie
inny kształt, wprawiając Dominika w jeszcze większy zachwyt.-
...moje ciało może przybrać dowolną postać. Jakie to uczucie
patrzeć na samego siebie, słuchać własnego głosu, ale jednak
wiedząc, że patrzysz na zupełnie inną osobę?
-Niesamowite. Czyli
możesz się zmienić w kogokolwiek? W jakąkolwiek istotę ludzką?-
jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech, gdy usiadł tuż obok mnie.
-Nie zmieniam się
tylko w ludzi. Mogę się zmienić w każde zwierzę, jakie istnieje
lub istniało na ziemi, jeżeli choć raz w życiu ich dotknęłam.-
z uśmiechem powróciłam do swojej pierwotnej postaci, wywołując
lekki zawód w jego oczach.
-Chyba wolę cię z
ogonem.- szepnął niepewnie Dominik, patrząc jak moje ciało
przybiera swoją prawdziwą formę. Jego prawa ręka sięgnęła do
mojego prawego ucha i niepewnie pogładziła jego delikatną sierść.-
Niesamowite. Ty jesteś niesamowita.
-Niesamowita, czy
nie, muszę wrócić do Siedziby przed świtem.- westchnęłam,
odwracając wzrok.- Boję się myśleć, co mnie czeka po powrocie. W
końcu uciekłam bez niczyjej zgody, a na dodatek zostałam
przyłapana przez mojego opiekuna.
-Więc nie wracaj,
zostań ze mną! Może nie ma tutaj żadnych luksusów, ale... nie
będziesz musiała zabijać.- zaproponował Dominik, chwytając mnie
za rękę. Jego zielone oczy były takie szczere, takie naiwne.
-Gdybym nie
zabijała, dawno byłbyś martwy. Nie zapominaj o tym.- uśmiechnęłam
się smutno.- Mam swoje obowiązki, muszę tam wrócić, żeby
chronić takich jak ty. Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym
skosztować życia zwykłej nastolatki, cieszyć się chwilą, nie
myśleć o swoich powinnościach, przysięgach, ale to jest niestety
niemożliwe. Tam jest mój dom, mój świat. Nie mogę tak po prostu
odejść.- spojrzałam w jego śliczne oczy, pełne zawodu i smutku.-
To o tym chciałeś ze mną porozmawiać?
-Nie, tak właściwie
to nie.- westchnął, pochylając się delikatnie do przodu.- Muszę
cię ostrzec. Liliana dowiedziała się, że w Radzie, na jakiejś
wysokiej pozycji znajduje się zdrajca.
~*~
Z uśmiechem
kierowałam się w stronę gabinetu Livii. Czekał mnie kolejny
wykład na temat braku odpowiedzialności i głupocie dzisiejszych
siedemnastolatek. Skręciłam w kolejny biały korytarz z niezliczoną
ilością czarnych drzwi. Czasem czułam się tutaj jak w
psychiatryku. Ten budynek był tak rażąco sterylny, że
doprowadzało mnie to do szału.
-Masz te cholerne
lokalizacje i daj mi już spokój!- dobiegł mnie donośni krzyk
Livii. Chwila, przecież Livia nigdy nie krzyczy.
Podkradłam
się pod uchylone drzwi jej gabinetu i zaglądnęłam do środka
przez niewielką szczelinę. Livia stała tyłem do mnie, jej
trójkątna, surowa twarz wyglądała na niezwykle starą i zmęczoną.
-Nie tak szybko,
kochana.- niski, basowy głos jej gościa odbił się echem od ścian
przestronnego pomieszczenia. Wtedy go zobaczyłam, siedział za
drewnianym biurkiem z rękami skrzyżowanymi na piersi, nie mogłam
tylko dostrzec jego twarzy, którą schował pod czarnym kapturem
długiego płaszcza.- Najpierw mi powiedz, co słychać u twojej
młodej podopiecznej.
-Masz trzymać się
od niej z daleka! Dobrze wiesz, czym to się dla ciebie skończy. Nie
do ciebie należy jej życie.-warknęła Livia, obnażając długie,
białe kły.- Skoro dostałeś lokalizacje wszystkich żyjących
zmiennokształtnych to możesz już chyba stąd iść, mam rację?
Nika może tutaj przyjść w każdej chwili, a wtedy...
-A wtedy
przekażecie mi te dokumenty i pozwolicie mi stąd odejść.-
powiedziałam, wchodząc do pokoju z dwoma rewolwerami w dłoniach,
mierząc każdym z nich w głowę dwojga rozmówców.- Oj, chyba wam
nie przeszkodziłam?
-Nika!- pisnęła
Livia z przerażeniem.- Co ty robisz, dziecko? Odłóż broń w tej
chwili!
-Daj mi te papiery,
Livia.- rzuciłam beznamiętnie i wskazałam głową na brązową
kopertę, znajdującą się na biurku.
-Ależ proszę,
moja droga.- zaśmiał się mężczyzna, wyciągając w moją stronę
dłoń z kopertą.
Niepewnie
opuściłam wycelowaną w niego broń i chwyciłam kopertę,
oczekując jego nagłego ataku. On jednak rozsiadł się wygodnie w
fotelu i nie wykonywał choćby najmniejszego ruchu, chyba nawet nie
oddychał. Jego zadowolenie było zbyt łatwe do odczytania, co
wydawało mi się przerażające. Zupełnie jakby chciał, żeby ta
koperta trafiła w moje ręce.
-Nika, zastanów
się nad tym, co robisz.- błagalny ton Livii sprawił, że
przeniosłam całą uwagę na jej postać.
-Ja mam się
zastanowić?! To ty mnie okłamywałaś przez całe moje życie! Że
niby jestem ostatnią zmiennokształtną na świecie?! Może moich
rodziców też zabiłaś?!- nie potrafiłam pohamować swoich
emocji. Dłoń, w której trzymałam broń lekko drżała.
-Ja... ja
musiałam...
-Co?!- przerwałam
jej w pół słowa jednocześnie podnosząc broń. Czułam jak łzy napływają mi do oczu, ale
musiałam oprzytomnieć, myśleć racjonalnie.- Teraz wyłączysz
wszystkie urządzenia w Siedzibie na pół godziny, pozwolisz mi się
spakować, zabrać swoją broń i wyjść z budynku ze świadomością,
że nie będę ścigana.
-Nie mogę tego
zrobić.- mruknęła Livia, której złote oczy stały się nagle
nieugięte.
-Więc zrobię to
za ciebie.- powiedziałam, posyłając kulę prosto w jej czoło.
Bezwładne ciało blondynki runęło głucho na ziemię. Miną jakieś
dwie godziny zanim jej ciało się po tym zregeneruje, co dawało mi
sporo czasu na ucieczkę.- A pan...- urwałam, zauważając, że
mężczyzny nie ma już w pomieszczeniu. Cholera!
Podeszłam
szybkim krokiem do obrazu wiszącego tuż za biurkiem i zerwałam go
ze ściany. Tuż za nim znajdował się czerwony guzik, który
wyłączał zasilanie w całej Siedzibie. Był on tam zamontowany w
razie niespodziewanego ataku ludzi, od których wszystkie istoty
paranormalne lepiej się poruszały w ciemności. Nacisnęłam go,
pozwalając łzom swobodnie płynąć po moich policzkach. Tak
właśnie moje życie ponownie legło w gruzach.
~*~
-Nika?- zapytał
zdziwiony Dominik, który właśnie otworzył mi drzwi.
-Czy twoja
propozycja jest nadal aktualna?- spojrzałam mimowolnie na jego ciało
z nieskrywaną przyjemnością. Miał na sobie jedynie przetarte
dżinsy, dzięki czemu mogłam podziwiać jego idealnie zbudowaną
klatkę piersiową i widoczne mięśnie brzucha. Czy było w nim coś
nieidealnego?
-Tak, ale co się
stało? Wejdź, proszę.- przepuścił mnie przez próg, biorąc ode
mnie dwie torby, z którymi do niego przyszłam.
-Długa historia.-
rzuciłam tylko, siadając na kanapie w jego salonie.- Moje życie
okazało się kłamstwem, a ja wyszłam na łatwowierną idiotkę.
-Nadal nie
rozumiem, co się stało.- powiedział, siadając obok mnie i wsunął
na siebie szarą koszulkę.- Może mi to wyjaśnisz?
-Gdzie twoja
opiekunka?- szybko zmieniłam temat, rozglądając się wokół
siebie.- Nie będzie mnie znowu próbować udusić?
-Skoro już o
duszeniu mowa to jak tam twoja szyja?- jego dłoń wsunęła się pod
kołnierz mojej kurtki i odchyliła go delikatnie. Miał duże dłonie
o długich, smukłych palcach delikatnie stwardniałych na
opuszkach.- Niesamowite. Żadnych śladów.
-Mówiłam, że
szybko się regeneruję.- mruknęłam, patrząc w jego duże, zielone
oczy, które były teraz tak blisko moich.- Nie dam się tak łatwo
zabić.
Jego kciuk
przejechał po linii mojego obojczyka, sprawiając, że przez moje
ciało przebiegły dreszcze. Jego twarz powoli zbliżała się do
mojej, mogłam czuć jego oddech na swoich wargach, jego nos otarł
się delikatnie o mój policzek.. Był tak blisko, czułam jego
zapach, jego ciepło, a za chwilę poczuję też jego smak.
-Co tu się
wyprawia?!- krzyknęła Liliana, wchodząc pewnym krokiem do
pomieszczenia i jednocześnie przerywając naszą chwilę błogiego
zapomnienia. Dominik odskoczył ode mnie jak poparzony, patrząc na
mnie przepraszająco.- Co ona tu robi z tymi dwoma workami
wyładowanymi wszelkiego rodzaju bronią?
Miała na
sobie długą, satynową suknię w kolorze bzu, która idealnie
podkreślała jej smukłą figurę. Na nagie ramiona zarzuciła sobie
białą chustę, którą zawiązała na dekolcie.
-Jakbyś chciała
zauważyć, są tam jeszcze ubrania i ludzkie pieniądze. Ale
wampirzego węchu nie da się oszukać, co?- parsknęłam z pogardą
i podniosłam się z kanapy.- Miło było, ale chyba jednak będę
się zbierać. Muszę zarezerwować sobie pokój w hotelu, znaleźć
kilka osób, które odpowiedzą mi na moje pytania.
-Czyli jesteś na
misji, na którą wysłała cię Rada?- zapytała z przekąsem
Liliana.- Dziwne, że sami ci wszystkiego nie załatwili. Może nie
jesteś już ich pupilkiem?
-Myślę, że ktoś,
kto przestrzelił na wylot głowę Stróża Siedziby, ukradł jakieś
ważne papiery i uciekł, zabierając cały przydzielony mu sprzęt,
nie może być pupilkiem Rady.- warknęłam, podnosząc z ziemi dwie,
czarne torby.
-Co zrobiłaś?-
Liliana wyglądała, jakby miała zaraz zemdleć.- Zabiłaś Stróża?
-Oczywiście, że
nie!- obruszyłam się.- Jest wampirem, pewnie teraz budzi się w
łóżku szpitalnym z niesamowitym bólem głowy. Chociaż musiałam
się powstrzymać przed odłączeniem jej łba od tułowia. Ta
zakłamana żmija zabiła moich rodziców i wmawiała mi, że jestem
ostatnią żyjącą zmiennokształtną istotą na świecie.-
wyciągnęłam brązową kopertę z wewnętrznej kieszeni kurtki.-
Ale udało mi się zdobyć to.
Dominik
przyglądał mi się z zainteresowaniem. Gdy nasze spojrzenia
spotkały się na chwilę, miałam wrażenie, jakby przejrzał mnie
na wylot. Jakby wiedział, co miałam zamiar zrobić.
-Co jest w tej
kopercie?- ciekawość wampirzycy zdominowała całkowicie jej
niechęć do mnie.
-Lokalizacje
wszystkich żyjących zmiennokształtnych.- odpowiedziałam z
uśmiechem satysfakcji.- Mam zamiar ich wszystkich odnaleźć.
-Przebudzeni.-
szepnęła Liliana, podchodząc do mnie.- Słyszałam plotki na ich
temat, ale nigdy w nie nie wierzyłam. Podobno zbierają armię, żeby
zaatakować Radę. Mają wielu zwolenników wśród magów, a
wszystkie rody elfów podpisały z nimi pakt. Jednak sama Rada nie ma
na to żadnych dowodów.
-Czemu mieliby
atakować Radę?- zdziwiłam się.
-Bo Rada zabija
wszystkich, którzy stoją im na drodze do zdobycia pełni władzy.
Każą wam mordować niewinne istoty pod zarzutem łamania prawa.
-Chyba mi nie
powiesz, że na przykład Czarne Wdowy albo Hydry są w
rzeczywistości potulne jak baranki?- spojrzałam na nią z
niedowierzaniem.
-A byłaś kiedyś
w podziemiach Rady?- zapytała Liliana, a w jej złotych oczach
dostrzegłam cień bólu.
-Nie, Livia zawsze
zabraniała mi tam chodzić. Twierdziła, że są tam laboratoria, w
których prowadzone są badania. Miałam jedynie dostęp do sali
tortur.- jej pytanie wywołało u mnie zaciekawienie. Czyżby
wiedziała coś, czego ja nie wiem?
Do podziemi mieli dostęp jedynie
naukowcy i Stróż. Nikt poza nimi nie mógł tam wejść, choćby nie
wiem jak próbował. Były one chronione nawet lepiej od samej
Siedziby. Jako jedna z Wojowników miałam dostęp jedynie na schody
prowadzące do laboratorium, w połowie których znajdował się
pokój tortur. Nikt nie mówił o nim głośno w Siedzibie i nikt,
kto musiał tam kiedyś pracować nad świadkiem, nie chciał się
tym chwalić. Ja nie należałam do wyjątków.
-Czyli nie wiesz
nic o tym, nad czym tam pracowali?- kobieta westchnęła i opadła na
duży, włochaty fotel, stojący naprzeciw kanapy.- Ja sama słyszałam
na ten temat tylko plotki, ale układa się to w logiczną całość.
-Powiesz mi w
końcu, o co chodzi?- syknęłam z niecierpliwością.
-Obawiam się, że
nie mamy czasu na pogaduszki, panienko.- odezwał się głos za moimi
plecami.
-Rufus, powtarzam
ci to od czternastu lat! Wystarczy Nika!- jęknęłam, odwracając
się i stając twarzą w twarz z grubiutkim staruszkiem. Albo raczej
tego się spodziewałam.
Mężczyzna,
który stał przede mną przypominał Rufusa jedynie rysami twarzy.
Nie był ani gruby, ani niski. Wręcz przeciwnie. Miałam przed sobą
wysokiego, dobrze zbudowanego i przystojnego elfa o długich,
srebrnych włosach i czarnych oczach bez białek.
-Rufus...?-
wyszeptałam, podchodząc do niego. Podążał za mną wzrokiem i
delikatnie skinął głową.
-Musiałem ukrywać
się pod postacią staruszka, żeby przebywać z tobą bez ciągłego
nadzoru Livii. Gdyby tylko wiedziała, że jestem jeszcze młody,
mogłaby uznać mnie za niemałe zagrożenie i potencjalnego szpiega.
Zwłaszcza, że służyłem twoim rodzicom. Po ich śmierci babka
panienki kazała mi mieć panienkę na oku, więc ukryłem się pod
postacią otyłego i starego sługi.
-Chwila, chwila...
Moja babka?- trochę za dużo tych informacji jak na jeden wieczór.
Głowa zaczynała mi pękać.
-Tak, założycielka
Przebudzonych.- potwierdził elf. Tego naprawdę było za wiele.
Cofnęłam się kilka kroków z zamiarem wyłożenia się wygodnie na
kanapie, aby łatwiej mi było znieść cały ten szok. Potknęłam
się jednak o coś i wylądowałam tyłkiem na kolanach Dominika,
który wydawał się równie skołowany, co ja.- Przepraszam.-
mruknęłam, chcąc zsunąć się na miękkie obicie kanapy, jednak
Dominik powstrzymał mnie, kładąc mi rękę na biodrze i patrząc
stanowczo w oczy Rufusa.
-Musimy uciekać,
panienko. Zabiorę panienkę do jej babki. Będzie tam panienka
bezpieczna.- powoli wyciągnął dłoń w moją stronę.
-Nie wiem, czy
wiesz, elfie, ale znajdujesz się na moim terytorium.- Liliana
przerwała swoje milczenie, stając między mną, a mężczyzną.- I nie
masz żadnego prawa zabierać stąd mojego gościa, nie mówiąc już
o tym, że twoje życie zależy teraz ode mnie.
-Spróbuj tylko
tknąć mnie lub Nikę, a obiecuję, że nie dożyjesz jutra,
wampirze.- warknął Rufus, po raz pierwszy wymawiając moje imię,
nie dodając przed nim słowa "panienka".
-Rufus... Co masz
na myśli mówiąc, że musimy uciekać?- spytałam, lekko skołowana,
bezwiednie opierając głowę na ramieniu Dominika. Przez chwilę
miałam wrażenie, że w oczach Rufusa pojawił się zawód, jednak
był on tam na tyle krótko, że nie byłam pewna, czy po prostu mi
się nie przewidziało. Czułam się jak wrak samej siebie,
odkrywając coraz to nowe kłamstwa, którymi byłam karmiona od
dzieciństwa.
-Livia kazała
wszystkim Wojownikom odnaleźć panienkę za wszelką cenę.
Oficjalnie została panienka oskarżona o współpracę z
Przebudzonymi.- głos Rufusa pozostawał zimny i opanowany jak
zawsze.- Dlatego nie możemy tracić czasu na głupie walki o
terytorium.
-Jeżeli Nika ma
pójść z tobą, to ja idę z wami.- powiedział Dominik, obejmując
mnie ciasno w pasie. W jego czułych ramionach mogłam chwilę
odetchnąć, co przyjęłam z nieskrywaną ulgą, wciskając twarz w
zagłębienie na jego szyi.
-Dziękuję.-
mruknęłam. Ale za co mu właściwie dziękowałam? Tego nie byłam
do końca pewna. Właściwie niczego nie byłam do końca pewna.
Czułam się, jakbym oglądała film w ostatnim rzędzie kina i nie
rozumiała żartów, które u innych widzów wywoływały śmiech.
-A ja nie puszczę
go samego, więc wychodzi na to, że jedziemy we czwórkę.-
powiedziała z zadowoleniem Liliana, mierząc Rufusa wzrokiem.- Albo
nie jedziemy wcale.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz