poniedziałek, 10 lipca 2017

Rozdział I


Część 1
Nika











Rozdział 1


   Znowu opuszczony budynek, znowu zapach stęchlizny i znowu byłam umazana krwią. Śledziłam tą Czarną Wdowę już od dobrych kilku tygodni, ale jeszcze nie udało mi się odnaleźć jej kryjówki. Dopiero dzisiaj przypadkiem natknęłam się na nią w jej ludzkiej postaci, gdy ciągnęła za sobą pewnego młodego chłopaka.
-Masz już dość?- wysyczała postać, która jeszcze niedawno była piękną chudą kobietą. Teraz jej nogi zostały zastąpione przez ogromny, czarny odwłok i cztery pary włochatych odnóży. Ohyda! Czasami się zastanawiałam, czy one w ogóle je kiedyś golą. Żadna szanująca siebie kobieta nie mogłaby przecież chodzić z owłosionymi nogami, a zwłaszcza taka, która ma ich osiem! Jakim cudem były one w stanie podrywać swoje ofiary mając tak obrzydliwe nogi?!
-Ja?- zaśmiałam się, choć dźwięk, który wydobył się z mojego gardła, bardziej przypominał charczenie.- Zadowolę się dopiero, gdy będę mogła kopnąć twój odcięty łeb.
   Czarna Wdowa z zawrotną prędkością znalazła się tuż przede mną, unosząc parę przednich odnóży. To był błąd. Wyciągnęłam zza pasa czarny miecz i sprawnym ruchem odcięłam jej ludzki tułów od pajęczego odwłoku. Obie części ciała opadły na ziemię z głuchym łomotem. Potwór nie wydał z siebie przy tym żadnego dźwięku. Jej ciało drgało jeszcze przez chwilę, po czym znieruchomiało przybierając szarawy odcień. Czemu to zawsze musi być takie proste? Czy Rada choć raz nie mogłaby mnie przydzielić do jakiegoś wampira lub wilkołaka? Wtedy mogłabym chociaż się trochę zmęczyć, pobiegać, pobawić się, a nie...
   Westchnęłam ciężko i wytarłam ostrze o czerwoną sukienkę gnijącego szybko ciała stwora. Schowałam miecz do pochwy i skierowałam się w stronę wyjścia.
-Gdzie ja... jestem?- za moimi plecami rozległo się ciche mamrotanie. No pięknie. Moja kiepska pamięć zapędzi mnie kiedyś do grobu. Odwróciłam się gwałtownie i o mało nie wpadłam na wyższego ode mnie o głowę chłopaka, którego dzisiaj obrała sobie za cel Czarna Wdowa. Był jeszcze trochę otumaniony, ale trzymał się na nogach.- Kim... ty jesteś?
-Hop!- krzyknęłam, gdy nagle przechylił się w moją stronę i musiałam użyć całej swojej siły, żeby go przytrzymać. Ale był ciężki!- Spokojnie, wielkoludzie. Zaraz się tobą zajmę.
-Ale co się stało?- wymamrotał, gdy jego głowa wylądowała na moim ramieniu.
-Długo tak nie...- nie dane mi było dokończyć, bo jego ciało przygwoździło mnie do ziemi.
-Przepraszam.- mruknął, podnosząc się na łokciach i patrząc mi w oczy. Widziałam jak w krótkiej chwili na jego twarzy, naprawdę przecudnej twarzy, pojawia się przerażenie. Od razu oprzytomniał.- Twoje oczy są czerwone!
-Tak, wiem. Widzę je codziennie w lustrze.- powiedziałam z szerokim uśmiechem.- Jak ci na imię, gigancie?
   Pozwoliłam sobie przyjrzeć się dokładniej jego twarzy. Kwadratowa szczęka, duże zielone oczy, otoczone gęstymi rzęsami, prosty nos, a jedynym słowem, które mi pasowało do opisania jego ust, było "idealne". Na jego czoło delikatnie opadały ciemnobrązowe kosmyki włosów. Jakim cudem on był tak idealny, chociaż całkiem niedawno rąbnęłam go w głowę, żeby stracił przytomność?
-Dominik.- odpowiedział, patrząc mi głęboko w oczy.- Mam na imię Dominik.- jego zielone ślepia przejechały powoli po mojej twarzy i szyi, po czym znieruchomiały. Twarz chłopaka natychmiast pobladła.- Jesteś ranna!
-Eh?- powędrowałam za jego spojrzeniem i rzeczywiście, miałam rozszarpany lewy obojczyk.- Aaa... Więc stąd była ta cała krew!
-Musimy cię zabrać do szpitala! Lekarz musi to...
-Nie!- przerwałam mu wpół zdania.- Żadnych lekarzy. Sama to sobie opatrzę. Ale najpierw musisz ze mnie zejść i pozwolić mi pójść do mojego mieszkania, zanim się wykrwawię.
-Pozwól sobie pomóc.- powiedział, wstając powoli z ziemi i wyciągając do mnie prawą dłoń.- Przy okazji opowiesz mi coś na temat tej kreatury.- wskazał głową na rozkładające się szczątki Czarnej Wdowy. Do jutra powinny już całkowicie zniknąć.
-Nie wyglądasz na zbytnio zaskoczonego jej widokiem.- powiedziałam, podając mu rękę i wstając z jego pomocą.- Mieszkasz daleko stąd? Albo czy ty w ogóle wiesz, gdzie my jesteśmy?

~*~

   Dopiero gdy wyszliśmy z budynku, Dominik zorientował się, gdzie dokładnie jesteśmy. Jak się później okazało, mieszkał niecałe pięć minut drogi od opuszczonego magazynu, w którym kiedyś przechowywano meble. Po drodze minęliśmy kilka sklepów spożywczych, na widok których zaburczało mi w brzuchu. W końcu dotarliśmy do jednego z zielonych bloków mieszkalnych. Jego mieszkanie nie było zbyt duże, ale urządzone w taki sposób, że wydawało się dosyć obszerne i za razem przytulne. Nie dane mi jednak było rozejrzeć się zbyt dokładnie po wszystkich pomieszczeniach, bo zostałam od razu zaprowadzona do kuchni.
-Usiądź, proszę.- powiedział, wskazując mi wysokie krzesło ustawione przy szarym blacie kuchennym. Wszystkie meble w kuchni były w kolorze ciemnego brązu, a ściany przypominały swoją barwą świeże pomarańcze. Brunet kucnął przy jednej z szafek i zaczął w niej nerwowo szperać.- Powinienem mieć gdzieś tu apteczkę. O! Jest.
-Nie denerwuj się tak.- powiedziałam z uśmiechem. Natychmiastowo między brwiami chłopaka pojawiła się wielka bruzda, a jego twarz wykrzywił zabawny grymas. Musiałam użyć całej siły woli, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
-Jak możesz być taka spokojna?! Masz oderwany ogromny kawał skóry, cały czas tracisz dużo krwi i mi każesz się nie denerwować?!- wrzasnął chłopak, otwierając białe pudełeczko. Zareagowałam na jego reakcję czystym, dźwięcznym śmiechem.- I co cię tak bawi?!
-Bo ja nie czuję bólu.- powiedziałam, patrząc na jego zaskoczoną minę.- Spokojnie, wszystko do jutra się zrośnie. Co prawda, nie regeneruję się tak szybko jak wam... inni.- skarciłam się w duchu. Jeszcze może powiem mu gdzie elfy chodzą na spacery, albo że w ogóle istnieją!
-Wampiry.- westchnął Dominik, patrząc w przestrzeń.- Więc czym ty jesteś? Wilkołakiem?
-Czekaj... Skąd ty...- czułam, jak moja dolna szczęka z głuchym dźwiękiem rozbija kuchenną podłogę. Czy on przed chwilą powiedział coś o wampirach i wilkołakach, czy ja mam jakieś urojenia?
-Kiedy byłem mały grupa wilkołaków zabiła i pożarła moją rodzinę. Może niekoniecznie w tej kolejności, bo pożearli ich żywcem. Wampiry mnie wtedy uratowały.- przeniósł wzrok na moją twarz. W ułamku sekundy stał się poważny i chłodny. Miałam wrażenie, jakby czytał wypracowanie z biologii przed klasą, a nie opowiadał o tragicznych wydarzeniach z przeszłości.- Wiem co nieco o twoim świecie. Chociaż nigdy nie spotkałem nikogo o takich oczach. Może jednak jesteś elfem? Oni często mają dziwne oczy.
-Poczekaj chwilę!- pisnęłam, opierając się zranioną ręką o blat.- Nadal nie rozumiem, skąd wiesz to wszystko. Wampiry zwykle potrafią wymazywać pamięć.
-Jedna wampirzyca imieniem Liliana zaopiekowała się mną. Dała mi to mieszkanie, możliwość nauki, postarała się nawet o fałszywe nazwisko. Dzięki niej mogę żyć normalnie. Dopóki nie ukończyłem piętnastego roku życia mieszkała tu ze mną. Później radziłem sobie sam. Co miesiąc przysyła mi pieniądze, mimo że sam już pracuję.- gdy mówił, zbliżył się do mnie na odległość zaledwie kilku centymetrów i zaczął delikatnie opatrywać mi ranę.
-Głowa mnie boli od tego wszystkiego.- westchnęłam, czując nieprzyjemne szczypanie w okolicach barku.- Jakim cudem Rada nigdy cię nie odnalazła? Przecież oni zawsze wszystko dokładnie sprawdzają! Nigdy nie pozowoliliby sobie na taką pomyłkę! Poza tym, wychowanek wampirzycy. Serio?
-Rodziny się nie wybiera.- powiedział, ukazując najpiękniejszy uśmiech jaki w życiu widziałam. Albo zaczynałam się w nim zakochiwać, albo straciłam za dużo krwi. Raczej stawiałabym na to drugie.- Liliana zeznała, że wszystkie dzieci zostały zjedzone. Nikt nie miał chyba zamiaru zaglądać do środka tych odrażających stworzeń. Spalili ich ciała na miejscu.
-Chyba nie jestem jedyną osobą, która miała popaprane dzieciństwo.- zaśmiałam się z przekąsem. Dominik sięgnął do pudełka i wyciągnął jakiś cienki, srebrny przedmiot, który wydawał mi się dziwnie znajomy.- Czy to jest igła?!
-Skoro, jak sama twierdzisz, masz zdolność do szybkiej regeneracji, powinniśmy to jak najszybciej zaszyć i pozostawić resztę roboty twojemu organizmowi.- naciągnął na dłonie białe rękawiczki i zaczął dezynfekować narzędzie zbrodni.- Powiesz mi w końcu czym jesteś i jak masz na imię?
-Nazywam się Nika i jestem zmiennokształtną.- odpowiedziałam bez namysłu, przyglądając się igle. Moja jedyna fobia właśnie błyszczała w świetle księżyca, które wpadało przez okno tuż za moimi plecami, wprawiając mnie w jeszcze większe przerażenie.
-Myślałem, że na świecie nie ma już zmiennokształtnych.- to było ostatnie zdanie, które od niego usłyszałam, bo nagle cało pomieszczenie zaczęło wirować mi przed oczami i pochłonęła mnie ciemność.

~*~

-Pobudka, księżniczko.- usłyszałam przy uchu miękki głos.
   Mój odruch był natychmiastowy. Chwyciłam prawą dłonią gardło przybysza i zwinnie przerzuciłam go nad swoim ciałem, przez co wylądował na plecach tuż obok mojej lewej ręki. Usiadłam na nim okrakiem i dopiero wtedy otworzyłam oczy. Prosty nos, ostre kości policzkowe, duże zielone oczy. Twarz jakby znajoma...
-O cholera! Dominik!- pisnęłam, zabierając dłoń z jego gardła. Chłopak, delikatnie masował szyję i próbował złapać oddech.- Przepraszam, nikt ci nigdy nie mówił, że nie budzi się tak Wojowników Rady?
-Wybacz, że nigdy nie miałem przyjemności się z żadnym zapoznać.- wycharczał, siadając przez co nasze twarze znalazły się zaledwie kilka centymetrów od siebie.- Jak ręka?- zapytał, zsuwając z mojego ramienia szarą koszulkę. Zaraz, zaraz...
-Gdzie są moje ubrania?- moje pytanie wywołało rumieńce na jego twarzy.
-Były całe we krwi, więc ja... no... musiałem cię przebrać... nic lepszego nie miałem...- jąkał się, umyślnie unikając mojego wzroku.- Bielizny nie ruszałem! Znaczy... Stanik musiałem ci zdjąć... Ale nic nie widziałem! Przysięgam!
Zagryzłam dolną wargę, próbując powstrzymać śmiech. Zauważyłam, że znajdujemy się w dość niekomfortowej sytuacji- nadal siedziałam na nim okrakiem, a nasze twarze były tak blisko siebie, że przy najmniejszym ruchu nasze nosy mogły się zetknąć. Zawstydzona, podniosłam się z jego nóg z lekkim uśmiechem. Jego koszulka sięgała mi do połowy ud, za co byłam niezwykle wdzięczna, bo nie musiałam przynajmniej paradować wszędzie z gołym tyłkiem.
Nawet nie miałam okazji rozglądnąć się po pomieszczeniu. Nie była to kuchnia, ani salon, które już zdążyłam wczoraj poznać. Był to skromny pokoik z zaledwie jedną szafą, biurkiem, łóżkiem, fotelem i szafką nocną. Kolorystyka była podobna jak w reszcie mieszkania- miły dla oka kolor ścian i ciemne meble. Kompletne przeciwieństwo mojej klitki w Siedzibie.
-To mój pokój.- powiedział. Musiał podążać za moim zaciekawionym wzrokiem, a ja byłam tak pochłonięta tym, co mnie otacza, że nie zauważyłam, kiedy się podniósł z ziemi i znalazł obok mnie.- Może masz ochotę coś zjeść, księżniczko?
-Z chęcią. Ale dlaczego akurat "księżniczko"?
-Bo wyglądasz mi na księżniczkę, a poza tym...- podrapał się po głowie, przepuszczając mnie w drzwiach do kuchni.- Aż wstyd się przyznać, ale jak mi się przedstawiałaś to byłem tak zafascynowany kolorem twoich oczu, że twoje imię wyleciało mi kompletnie z głowy.
-Nika.- zaśmiałam się pod nosem i wyciągnęłam w jego stronę prawą dłoń.- Mam na imię Nika.
-Miło mi cię poznać, Nika.- uścisnął moją dłoń z uśmiechem.- Nazywam się Dominik Averlen.

~*~

   Mało romantyczny początek znajomości. Ja starałam się być miła i wyszłam przy tym na idiotkę, a on był odrobinę skołowany. Mam wrażenie, że oboje udawaliśmy kogoś innego, żeby poznać lepiej siebie nawzajem i dowiedzieć się, czy jesteśmy godni zaufania. Trochę to wszystko zagmatwane, ale ma to chyba jakiś sens.
-Może dość już tego treningu?- zapytał niski grubiutki mężczyzna z długimi, elfimi uszami.- Musi się panienka oszczędzać. Panienki rany się jeszcze do końca nie zagoiły.
-Ile razy mam ci powtarzać, że nie lubię jak mówisz do mnie per "panienko"? Wystarczy Nika, Rufus. Naprawdę.- zganiłam go, uderzając po raz kolejny pięścią w umocowany do krat nad moją głową worek treningowy. Rufus potarł z dezaprobatą czoło i oparł się o kamienną ścianę.
Poprosiłam kiedyś, aby przerobić to pomieszczeni na swojego rodzaju salę treningową, gdy pierwszy raz przechodziłam przez korytarz znajdujący się tuż nad moją głową, od którego byłam oddzielona jedynie szkłem i kratami. Miałam wtedy zaledwie siedem lat. Nie chciałam tu montować żadnych lamp, przez co pomieszczenie nie było dobrze oświetlone, ale to tylko pozwalało mi się bardziej skupić.
-Czy panienka musi się tak nad sobą znęcać? Wiem, że może panienka uważać, że ręka jest już w pełni sprawna, ale to, że założyła panienka perfekcyjne szwy, wcale nie znaczy, że ona cudownie ozdrowieje. Musi się panienka naprawdę zacząć o siebie troszczyć odrobinę bardziej.- opuścił bezradnie ręce wzdłuż okrągłego tułowia. Zawsze przypominał mi bałwanka. Okrągła twarz, okrągłe ciałko i te ogromne, czarne oczy bez białek.- Panienki rodzice byliby na mnie ogromnie zdenerwowani, gdyby się dowiedzieli, że pozwoliłem panience na tak niebezpieczną misję, z której wróciła panienka dopiero nad ranem, uśmiechnięta, zadowolona i zalana krwią! Och, państwo Raven byliby tacy przerażeni!
-A ja jednak myślę, że byliby ze mnie dumni, mimo że była ona banalnie prosta!- zaśmiałam się, uderzając pięścią w worek z całą siłą, jaka mi pozostała. Nie przewidziałam tylko tego, że zerwie się łańcuch, który utrzymywał mój obiekt wyładowywania frustracji, przez co wyląduje on tuż przy małych stópkach Rufusa. Nie wydał on z siebie okrzyku przerażenia, ale jego twarz wykrzywiła się w strachu.- Wybacz.
-To chyba znak od bogini Terry, że na dzisiaj koniec treningu.- jego dłoń z niezliczoną ilością pierścieni, nacisnęła klamkę czarnych drzwi i pchnęła je, wpuszczając do pomieszczenia strumień światła.- Musi panienka wziąć prysznic i zdać raport Lady Livii.
   Livia, moja opiekunka, która zajęła się mną po śmierci rodziców, była wampirzycą, a od niedawna prowadziła tutejszą Siedzibę Rady. Oschła, tajemnicza, surowa. Trzy słowa, które wystarczyły, aby ją opisać. Witamy w szarej codzienności!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz