Część 1
Nika
Rozdział 1
Znowu
opuszczony budynek, znowu zapach stęchlizny i znowu byłam umazana
krwią. Śledziłam tą Czarną Wdowę już od dobrych kilku tygodni,
ale jeszcze nie udało mi się odnaleźć jej kryjówki. Dopiero
dzisiaj przypadkiem natknęłam się na nią w jej ludzkiej postaci, gdy ciągnęła za sobą pewnego młodego chłopaka.
-Masz już dość?-
wysyczała postać, która jeszcze niedawno była piękną chudą
kobietą. Teraz jej nogi zostały zastąpione przez ogromny, czarny
odwłok i cztery pary włochatych odnóży. Ohyda! Czasami się
zastanawiałam, czy one w ogóle je kiedyś golą. Żadna szanująca
siebie kobieta nie mogłaby przecież chodzić z owłosionymi nogami,
a zwłaszcza taka, która ma ich osiem! Jakim cudem były one w stanie podrywać swoje ofiary mając tak obrzydliwe nogi?!
-Ja?- zaśmiałam
się, choć dźwięk, który wydobył się z mojego gardła, bardziej
przypominał charczenie.- Zadowolę się dopiero, gdy będę mogła
kopnąć twój odcięty łeb.
Czarna Wdowa
z zawrotną prędkością znalazła się tuż przede mną, unosząc
parę przednich odnóży. To był błąd. Wyciągnęłam zza pasa
czarny miecz i sprawnym ruchem odcięłam jej ludzki tułów od
pajęczego odwłoku. Obie części ciała opadły na ziemię z
głuchym łomotem. Potwór nie wydał z siebie przy tym żadnego
dźwięku. Jej ciało drgało jeszcze przez chwilę, po czym znieruchomiało przybierając szarawy odcień. Czemu to zawsze musi być takie proste? Czy Rada choć raz
nie mogłaby mnie przydzielić do jakiegoś wampira lub wilkołaka?
Wtedy mogłabym chociaż się trochę zmęczyć, pobiegać, pobawić
się, a nie...
Westchnęłam
ciężko i wytarłam ostrze o czerwoną sukienkę gnijącego szybko
ciała stwora. Schowałam miecz do pochwy i skierowałam się w
stronę wyjścia.
-Gdzie ja...
jestem?- za moimi plecami rozległo się ciche mamrotanie. No
pięknie. Moja kiepska pamięć zapędzi mnie kiedyś do grobu. Odwróciłam
się gwałtownie i o mało nie wpadłam na wyższego ode mnie o głowę
chłopaka, którego dzisiaj obrała sobie za cel Czarna Wdowa. Był
jeszcze trochę otumaniony, ale trzymał się na nogach.- Kim... ty
jesteś?
-Hop!- krzyknęłam,
gdy nagle przechylił się w moją stronę i musiałam użyć całej
swojej siły, żeby go przytrzymać. Ale był ciężki!- Spokojnie,
wielkoludzie. Zaraz się tobą zajmę.
-Ale co się
stało?- wymamrotał, gdy jego głowa wylądowała na moim ramieniu.
-Długo tak nie...-
nie dane mi było dokończyć, bo jego ciało przygwoździło mnie do
ziemi.
-Przepraszam.-
mruknął, podnosząc się na łokciach i patrząc mi w oczy.
Widziałam jak w krótkiej chwili na jego twarzy, naprawdę
przecudnej twarzy, pojawia się przerażenie. Od razu oprzytomniał.-
Twoje oczy są czerwone!
-Tak, wiem. Widzę
je codziennie w lustrze.- powiedziałam z szerokim uśmiechem.- Jak ci na imię, gigancie?
Pozwoliłam
sobie przyjrzeć się dokładniej jego twarzy. Kwadratowa szczęka,
duże zielone oczy, otoczone gęstymi rzęsami, prosty nos, a jedynym
słowem, które mi pasowało do opisania jego ust, było "idealne".
Na jego czoło delikatnie opadały ciemnobrązowe kosmyki włosów.
Jakim cudem on był tak idealny, chociaż całkiem niedawno rąbnęłam
go w głowę, żeby stracił przytomność?
-Dominik.-
odpowiedział, patrząc mi głęboko w oczy.- Mam na imię Dominik.-
jego zielone ślepia przejechały powoli po mojej twarzy i szyi, po
czym znieruchomiały. Twarz chłopaka natychmiast pobladła.- Jesteś
ranna!
-Eh?- powędrowałam
za jego spojrzeniem i rzeczywiście, miałam rozszarpany lewy
obojczyk.- Aaa... Więc stąd była ta cała krew!
-Musimy cię zabrać
do szpitala! Lekarz musi to...
-Nie!- przerwałam
mu wpół zdania.- Żadnych lekarzy. Sama to sobie opatrzę. Ale
najpierw musisz ze mnie zejść i pozwolić mi pójść do mojego
mieszkania, zanim się wykrwawię.
-Pozwól sobie
pomóc.- powiedział, wstając powoli z ziemi i wyciągając do mnie
prawą dłoń.- Przy okazji opowiesz mi coś na temat tej kreatury.-
wskazał głową na rozkładające się szczątki Czarnej Wdowy. Do
jutra powinny już całkowicie zniknąć.
-Nie wyglądasz na
zbytnio zaskoczonego jej widokiem.- powiedziałam, podając mu rękę
i wstając z jego pomocą.- Mieszkasz daleko stąd? Albo czy ty w
ogóle wiesz, gdzie my jesteśmy?
~*~
Dopiero gdy
wyszliśmy z budynku, Dominik zorientował się, gdzie dokładnie
jesteśmy. Jak się później okazało, mieszkał niecałe pięć
minut drogi od opuszczonego magazynu, w którym kiedyś przechowywano
meble. Po drodze minęliśmy kilka sklepów spożywczych, na widok
których zaburczało mi w brzuchu. W końcu dotarliśmy do jednego z
zielonych bloków mieszkalnych. Jego mieszkanie nie było zbyt duże,
ale urządzone w taki sposób, że wydawało się dosyć obszerne i
za razem przytulne. Nie dane mi jednak było rozejrzeć się zbyt
dokładnie po wszystkich pomieszczeniach, bo zostałam od razu
zaprowadzona do kuchni.
-Usiądź, proszę.-
powiedział, wskazując mi wysokie krzesło ustawione przy szarym
blacie kuchennym. Wszystkie meble w kuchni były w kolorze ciemnego
brązu, a ściany przypominały swoją barwą świeże pomarańcze.
Brunet kucnął przy jednej z szafek i zaczął w niej nerwowo
szperać.- Powinienem mieć gdzieś tu apteczkę. O! Jest.
-Nie denerwuj się
tak.- powiedziałam z uśmiechem. Natychmiastowo
między brwiami chłopaka pojawiła się wielka bruzda, a jego twarz
wykrzywił zabawny grymas. Musiałam użyć całej siły woli, żeby
nie wybuchnąć śmiechem.
-Jak możesz być
taka spokojna?! Masz oderwany ogromny kawał skóry, cały czas
tracisz dużo krwi i mi każesz się nie denerwować?!- wrzasnął
chłopak, otwierając białe pudełeczko. Zareagowałam na jego
reakcję czystym, dźwięcznym śmiechem.- I co cię tak bawi?!
-Bo ja nie czuję
bólu.- powiedziałam, patrząc na jego zaskoczoną minę.-
Spokojnie, wszystko do jutra się zrośnie. Co prawda, nie regeneruję
się tak szybko jak wam... inni.- skarciłam się w duchu. Jeszcze
może powiem mu gdzie elfy chodzą na spacery, albo że w ogóle
istnieją!
-Wampiry.-
westchnął Dominik, patrząc w przestrzeń.- Więc czym ty jesteś?
Wilkołakiem?
-Czekaj... Skąd
ty...- czułam, jak moja dolna szczęka z głuchym dźwiękiem
rozbija kuchenną podłogę. Czy on przed chwilą powiedział coś o
wampirach i wilkołakach, czy ja mam jakieś urojenia?
-Kiedy byłem mały
grupa wilkołaków zabiła i pożarła moją rodzinę. Może
niekoniecznie w tej kolejności, bo pożearli ich żywcem. Wampiry
mnie wtedy uratowały.- przeniósł wzrok na moją twarz. W ułamku
sekundy stał się poważny i chłodny. Miałam wrażenie, jakby
czytał wypracowanie z biologii przed klasą, a nie opowiadał o
tragicznych wydarzeniach z przeszłości.- Wiem co nieco o twoim
świecie. Chociaż nigdy nie spotkałem nikogo o takich oczach. Może
jednak jesteś elfem? Oni często mają dziwne oczy.
-Poczekaj chwilę!-
pisnęłam, opierając się zranioną ręką o blat.- Nadal nie
rozumiem, skąd wiesz to wszystko. Wampiry zwykle potrafią wymazywać
pamięć.
-Jedna wampirzyca
imieniem Liliana zaopiekowała się mną. Dała mi to mieszkanie,
możliwość nauki, postarała się nawet o fałszywe nazwisko.
Dzięki niej mogę żyć normalnie. Dopóki nie ukończyłem
piętnastego roku życia mieszkała tu ze mną. Później radziłem
sobie sam. Co miesiąc przysyła mi pieniądze, mimo że sam już
pracuję.- gdy mówił, zbliżył się do mnie na odległość
zaledwie kilku centymetrów i zaczął delikatnie opatrywać mi ranę.
-Głowa mnie boli
od tego wszystkiego.- westchnęłam, czując nieprzyjemne szczypanie
w okolicach barku.- Jakim cudem Rada nigdy cię nie odnalazła?
Przecież oni zawsze wszystko dokładnie sprawdzają! Nigdy nie
pozowoliliby sobie na taką pomyłkę! Poza tym, wychowanek
wampirzycy. Serio?
-Rodziny się nie
wybiera.- powiedział, ukazując najpiękniejszy uśmiech jaki w
życiu widziałam. Albo zaczynałam się w nim zakochiwać, albo
straciłam za dużo krwi. Raczej stawiałabym na to drugie.- Liliana
zeznała, że wszystkie dzieci zostały zjedzone. Nikt nie miał
chyba zamiaru zaglądać do środka tych odrażających stworzeń.
Spalili ich ciała na miejscu.
-Chyba nie jestem
jedyną osobą, która miała popaprane dzieciństwo.- zaśmiałam
się z przekąsem. Dominik sięgnął do pudełka i wyciągnął
jakiś cienki, srebrny przedmiot, który wydawał mi się dziwnie
znajomy.- Czy to jest igła?!
-Skoro, jak sama
twierdzisz, masz zdolność do szybkiej regeneracji, powinniśmy to
jak najszybciej zaszyć i pozostawić resztę roboty twojemu
organizmowi.- naciągnął na dłonie białe rękawiczki i zaczął
dezynfekować narzędzie zbrodni.- Powiesz mi w końcu czym jesteś i jak masz na imię?
-Nazywam się Nika i jestem zmiennokształtną.-
odpowiedziałam bez namysłu, przyglądając się igle. Moja jedyna
fobia właśnie błyszczała w świetle księżyca, które wpadało
przez okno tuż za moimi plecami, wprawiając mnie w jeszcze większe
przerażenie.
-Myślałem, że na
świecie nie ma już zmiennokształtnych.- to było ostatnie zdanie,
które od niego usłyszałam, bo nagle cało pomieszczenie zaczęło
wirować mi przed oczami i pochłonęła mnie ciemność.
~*~
-Pobudka,
księżniczko.- usłyszałam przy uchu miękki głos.
Mój odruch
był natychmiastowy. Chwyciłam prawą dłonią gardło przybysza i
zwinnie przerzuciłam go nad swoim ciałem, przez co wylądował na
plecach tuż obok mojej lewej ręki. Usiadłam na nim okrakiem i
dopiero wtedy otworzyłam oczy. Prosty nos, ostre kości policzkowe,
duże zielone oczy. Twarz jakby znajoma...
-O cholera!
Dominik!- pisnęłam, zabierając dłoń z jego gardła. Chłopak,
delikatnie masował szyję i próbował złapać oddech.-
Przepraszam, nikt ci nigdy nie mówił, że nie budzi się tak
Wojowników Rady?
-Wybacz, że nigdy
nie miałem przyjemności się z żadnym zapoznać.- wycharczał,
siadając przez co nasze twarze znalazły się zaledwie kilka
centymetrów od siebie.- Jak ręka?- zapytał, zsuwając z mojego
ramienia szarą koszulkę. Zaraz, zaraz...
-Gdzie są moje
ubrania?- moje pytanie wywołało rumieńce na jego twarzy.
-Były całe we
krwi, więc ja... no... musiałem cię przebrać... nic lepszego nie
miałem...- jąkał się, umyślnie unikając mojego wzroku.-
Bielizny nie ruszałem! Znaczy... Stanik musiałem ci zdjąć... Ale
nic nie widziałem! Przysięgam!
Zagryzłam
dolną wargę, próbując powstrzymać śmiech. Zauważyłam, że
znajdujemy się w dość niekomfortowej sytuacji- nadal siedziałam
na nim okrakiem, a nasze twarze były tak blisko siebie, że przy
najmniejszym ruchu nasze nosy mogły się zetknąć. Zawstydzona,
podniosłam się z jego nóg z lekkim uśmiechem. Jego koszulka
sięgała mi do połowy ud, za co byłam niezwykle wdzięczna, bo nie
musiałam przynajmniej paradować wszędzie z gołym tyłkiem.
Nawet nie
miałam okazji rozglądnąć się po pomieszczeniu. Nie była to
kuchnia, ani salon, które już zdążyłam wczoraj poznać. Był to
skromny pokoik z zaledwie jedną szafą, biurkiem, łóżkiem,
fotelem i szafką nocną. Kolorystyka była podobna jak w reszcie
mieszkania- miły dla oka kolor ścian i ciemne meble. Kompletne
przeciwieństwo mojej klitki w Siedzibie.
-To mój pokój.-
powiedział. Musiał podążać za moim zaciekawionym wzrokiem, a ja
byłam tak pochłonięta tym, co mnie otacza, że nie zauważyłam,
kiedy się podniósł z ziemi i znalazł obok mnie.- Może masz
ochotę coś zjeść, księżniczko?
-Z chęcią. Ale
dlaczego akurat "księżniczko"?
-Bo wyglądasz mi
na księżniczkę, a poza tym...- podrapał się po głowie,
przepuszczając mnie w drzwiach do kuchni.- Aż wstyd się przyznać,
ale jak mi się przedstawiałaś to byłem tak zafascynowany kolorem
twoich oczu, że twoje imię wyleciało mi kompletnie z głowy.
-Nika.- zaśmiałam
się pod nosem i wyciągnęłam w jego stronę prawą dłoń.- Mam na
imię Nika.
-Miło mi cię
poznać, Nika.- uścisnął moją dłoń z uśmiechem.- Nazywam się
Dominik Averlen.
~*~
Mało
romantyczny początek znajomości. Ja starałam się być miła i
wyszłam przy tym na idiotkę, a on był odrobinę skołowany. Mam
wrażenie, że oboje udawaliśmy kogoś innego, żeby poznać lepiej
siebie nawzajem i dowiedzieć się, czy jesteśmy godni zaufania.
Trochę to wszystko zagmatwane, ale ma to chyba jakiś sens.
-Może dość już
tego treningu?- zapytał niski grubiutki mężczyzna z długimi,
elfimi uszami.- Musi się panienka oszczędzać. Panienki rany się
jeszcze do końca nie zagoiły.
-Ile razy mam ci
powtarzać, że nie lubię jak mówisz do mnie per "panienko"?
Wystarczy Nika, Rufus. Naprawdę.- zganiłam go, uderzając po raz
kolejny pięścią w umocowany do krat nad moją głową worek
treningowy. Rufus potarł z dezaprobatą czoło i oparł się o
kamienną ścianę.
Poprosiłam
kiedyś, aby przerobić to pomieszczeni na swojego rodzaju salę
treningową, gdy pierwszy raz przechodziłam przez korytarz
znajdujący się tuż nad moją głową, od którego byłam
oddzielona jedynie szkłem i kratami. Miałam wtedy zaledwie siedem
lat. Nie chciałam tu montować żadnych lamp, przez co pomieszczenie
nie było dobrze oświetlone, ale to tylko pozwalało mi się
bardziej skupić.
-Czy panienka musi
się tak nad sobą znęcać? Wiem, że może panienka uważać, że
ręka jest już w pełni sprawna, ale to, że założyła panienka
perfekcyjne szwy, wcale nie znaczy, że ona cudownie ozdrowieje. Musi
się panienka naprawdę zacząć o siebie troszczyć odrobinę
bardziej.- opuścił bezradnie ręce wzdłuż okrągłego tułowia.
Zawsze przypominał mi bałwanka. Okrągła twarz, okrągłe ciałko
i te ogromne, czarne oczy bez białek.- Panienki rodzice byliby na
mnie ogromnie zdenerwowani, gdyby się dowiedzieli, że pozwoliłem
panience na tak niebezpieczną misję, z której wróciła panienka
dopiero nad ranem, uśmiechnięta, zadowolona i zalana krwią! Och,
państwo Raven byliby tacy przerażeni!
-A ja jednak myślę,
że byliby ze mnie dumni, mimo że była ona banalnie prosta!-
zaśmiałam się, uderzając pięścią w worek z całą siłą, jaka
mi pozostała. Nie przewidziałam tylko tego, że zerwie się
łańcuch, który utrzymywał mój obiekt wyładowywania frustracji,
przez co wyląduje on tuż przy małych stópkach Rufusa. Nie wydał
on z siebie okrzyku przerażenia, ale jego twarz wykrzywiła się w
strachu.- Wybacz.
-To chyba znak od
bogini Terry, że na dzisiaj koniec treningu.- jego dłoń z
niezliczoną ilością pierścieni, nacisnęła klamkę czarnych
drzwi i pchnęła je, wpuszczając do pomieszczenia strumień
światła.- Musi panienka wziąć prysznic i zdać raport Lady Livii.
Livia, moja
opiekunka, która zajęła się mną po śmierci rodziców, była
wampirzycą, a od niedawna prowadziła tutejszą Siedzibę Rady.
Oschła, tajemnicza, surowa. Trzy słowa, które wystarczyły, aby ją
opisać. Witamy w szarej codzienności!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz