"Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem,
dziwką lub sprzedawcą losów na loterię: to jego najczęstsze wcielenia.
Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka.
Trzeba za nim ruszyć."
~Carlos Ruiz Zafon
~*~
Mężczyzna ubrany w czarny garnitur, który podkreślał jego atletyczną sylwetkę, poprawił czerwony krawat i z uśmiechem wszedł do niewielkiego pokoiku. Pomieszczenie było urządzone w odcieniach jasnego różu i bieli. Meble, ustawione w równej linii pod jedną ze ścian, wykonane zostały na zamówienie u lokalnego stolarza. Znany był ze swojego uwielbienia do klonu kanadyjskiego, z którego tworzył większość produktów.
Z lekkim uśmiechem na ustach przybysz podszedł do szczupłej kobiety stojącej przy jednym z dużych okien. Światło padało na jej bladą twarz i nadawało jej młodszy wygląd. Z wyrazem zachwytu na twarzy wpatrywała się w niewielkie zawiniątko znajdujące się w jej rękach.
-Ćśśś...-
szepnęła, oglądając się na niego i zdmuchując z czoła pasmo
rudych włosów. Jej oczy potrafiły sprawić, że na sam ich widok
jego serce zaczynało bić szybciej. Były niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju. Jedno z nich było barwy nieba w słoneczny letni dzień, a drugie posiadało kolor świeżej krwi.- Dopiero zasnęła.-
wymruczała, podchodząc do niego wolnym krokiem i przelotnie
muskając jego wargi swoimi ustami.
Mężczyzna
ściągnął z głowy czarny kapelusz, odsłaniając burzę równie
czarnych loków. Odwinął rąbek koca, zasłaniający twarz dziecka
i ucałował delikatnie jego łysą główkę. Mała dziewczynka
machnęła w powietrzu zaciśniętymi piąstkami i powoli otworzyła
swoje ogromne, czerwone oczy, patrząc na niego z zainteresowaniem.
-No i coś ty
narobił, tatuśku?- westchnęła kobieta z przekąsem i przycisnęła
dziecko bliżej do swojej piersi. Maleństwo zaśmiało się
dźwięcznie, odsłaniając dziąsła, jakby chciało pokazać, że
wcale nie miało nic przeciwko szybkiej pobudce.
-Oj przestań,
Katherine.- sapnął mężczyzna, obejmując ją w talii.- Przecież
znowu zasnęła.
Jak na
zawołanie oczy dziewczynki znowu skryły się za powiekami i jej
oddech stał się miarowy. Wierzchołek nosa drgał jej delikatnie,
jakby wyczuła jakiś interesujący zapach. Oboje uśmiechnęli się,
patrząc na twarz ich śpiącego dziecka.
-Boję się,
Nicolasie.- powiedziała drżącym głosem, kładąc głowę na jego
ramieniu.- Świadomość, że zostały nam trzy lata życia...
-Dlatego właśnie
nie chciałem iść do Wyroczni.- syknął Nicolas, całując czubek
jej głowy.- Dobrze, że wyciągnąłem cię stamtąd zanim zdążyła
nam powiedzieć w jaki sposób zginiemy.
Mimowolnie
spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Niezbyt
dobrze działały na niego brak snu i maszynki do golenia. Krótki
zarost pokrywał jego szczękę i linię nad górną wargą, a cienie pod oczami były widoczne nawet z odległości kilku metrów. Wyglądał
staro, bardzo staro.
-Kto się zajmie
naszym małym aniołkiem?- westchnęła Katherine, patrząc jak w
przeciągu kilku sekund ludzkie uszy dziewczynki znikają, a zamiast
nich pojawiają się większe, kocie na jej łysej główce.- Na moją
matkę raczej nie mamy co liczyć. Nigdy nie pochwalała naszego
związku. Pamiętasz przecież jak zareagowała na wieść, że
jestem w ciąży. A twoi rodzice... Przykro mi to mówić, ale zwykli
ludzie nie są w stanie się nią zaopiekować.
-Uspokój się,
maleńka.- zaśmiał się mężczyzna.- Nie zapominaj o Radzie.
Jestem przekonany, że przydzielą ją pod opiekę Livii.
-Ale Livia ma ponad
czterysta lat! Naprawdę myślisz, że kobieta w takim wieku będzie
się w stanie zaopiekować trzyletnim dzieckiem?! A co jeśli...- nie
dokończyła dokończyć, bo Nicolas zamknął jej usta pocałunkiem.
Romantycznie,
prawda? Ta mała klucha owinięta w kocyk to ja. Uroczy był ze mnie
bobas. Ta dwójka, zakochana w sobie bez pamięci ludzi, to moi rodzice.
Zginęli dzień przed moimi trzecimi urodzinami w pożarze. Był to
"tragiczny wypadek". Nie wiem, czy ktoś poza mną nie
wierzył w ten stek kłamstw, którym mnie karmiono od dzieciństwa.
Wiedziałam, że moi rodzice nie zginęli przypadkiem, ktoś ich po
prostu zamordował i miał do tego jakiś powód... Tylko jaki?
No ale nie
będę was nudzić moimi podejrzeniami, na to jeszcze przyjdzie czas.
Przenieśmy się teraz do dnia, w którym zaczęła się moja
niezwykła przygoda! Albo jak ja zwykłam mówić- dnia, w którym
dla mnie rozpoczął się Armagedon.